Odświeżająco normalny

Życie codzienne, irytacje, zachwyty, obserwacje i mity

Wpis

sobota, 16 sierpnia 2014

Jak już znajdzie młotek

 

Jeśli to możliwe staram się jeździć do mechaników samochodowych „z polecenia”. Trafić na partacza nie jest trudno, więc jeśli ja polecam komuś mechanika to uwzględniam tylko takich, żeby potem nie było mi wstyd. Do tych, których nie polecam bezzwłocznie gubię numery telefonów, więc siłą rzeczy nie podaje namiarów. Z naiwnością człowieka poczciwego zakładam, że inni będą robić tak samo.

 

Mój samochód rzucił chłodzenie. Dba o temperaturę własnego silnika włączając i wyłączając wentylatory kiedy jest to potrzebne, ale krnąbrne stworzenie nie dba o temperaturę wnętrza i nie włącza klimatyzacji. Niegdysiejsze samochody miały 4 koła i silnik, a ich układ elektryczny ograniczał się do alternatora i świec zapłonowych. Ta szkoła budowania samochodów nadal obowiązuje w Indiach u producentów samochodów dla ludu pracującego. Układ elektryczny rozbudowuje się o światła zewnętrzne i klakson (w Indiach ważniejszy niż kierownica), ale nikt nie zawraca sobie głowy szybami otwieranymi elektrycznie (otwieranymi manualnie też zresztą nie, bo albo kupujesz samochód z szybami i masz je cały czas, albo kupujesz kabriolet) czy klimatyzacją, bo co z tego, że kierowca i pasażerowie się spocą skoro w domu nie mają bieżącej wody, więc i tak ich kąpiel ogranicza się do chrztu w Gangesie i deszczu. W Europie mamy nieco wyżej rozwinięte technologicznie samochody, zatem … jest więcej możliwości zepsucia się czegokolwiek.

 

„Pan od klimatyzacji”, do którego pojechałem „z polecenia” sprawdził ciśnienie w instalacji, stwierdził niewłączanie się sprężarki i powiedział, że to temat dla elektryka samochodowego. Polecił mi takiego fachowca, do którego zresztą sam się wybierał od miesiąca z własnym samochodem.

 

Pojawiłem się u elektryka w czwartkowe popołudnie i … zastałem kompletny chaos. Warsztat wyglądał jak śmietnisko. Na wielu półkach przy ścianach stały niezliczone rzeczy służące do nie wiadomo czego i stojące tu od nie wiadomo kiedy. Mogę się założyć o zgrzewkę mleka, że właściciel warsztatu też nie ma pojęcia od kiedy i z pewnością nie jest tam w stanie znaleźć niczego, czego nie używa co najmniej 4 razy dziennie. Są to zapewne jakieś części zamienne wymontowane niegdyś z innych samochodów i obecnie mają co najwyżej wartość kolekcjonerską. No chyba, że po uzbieraniu 10 ton złomu samochód ze złomowiska przyjeżdża gratis i warsztat jeszcze nie uzbierał należytej ilości. Same zgromadzone tam akumulatory mogłyby zasilać sklep Biedronka przez tydzień – gdyby rzecz jasna były naładowane. Nad narzędziami ktoś próbował zapanować z połowicznym skutkiem. Część wisiała na ścianie stopniowana rozmiarem klucza. Inny komplet leżał … na siedzisku starego fotela biurowego, co de fakto ma duży sens, bo można cały komplet kluczy przepchnąć sobie w potrzebne miejsce i nie trzeba inwestować w szafkę warsztatową.

 

Elektryk spojrzał na mnie, dał do zrozumienia, że mnie zauważył i … rozmawiał dalej przez telefon. Drugi mechanik w tym czasie dokładnie umył ręce, usiadł na krześle (mam nadzieję, że bez rozłożonych narzędzi, bo wtedy mógłby zranić części ciała stykające się bezpośrednio z krzesłem) i odpalił papierosa. Kompletnie nie rozumiem idei palenia papierosów, bo ani to zdrowe ani przyjemne, ale rozumiem ideę przerwy, co więcej jestem jej wiernym wyznawcą. Jedni palą wkładając sobie fajka w usta i nie przerywając zaczętej czynności wyjmują go dopiero, gdy zostanie sam filtr. Chyba dlatego wprowadzili filtry, żeby zarobiony człowiek nie poparzył sobie ust w ferworze wykonywanej pracy. Drudzy robią to w ramach przerwy, nawet nie chodzi o nikotynę, dokarmianie raka czy nałóg tylko o przerwę. To jest 10 minut tylko dla nich, kiedy mają święty spokój. Co więcej ich szef się nie wtrąca w palenie bo to jest palenie fajka, a nie nicnierobienie. Tych drugich jestem czasem w stanie zrozumieć.

 

Po skończonych telefonach elektryk podchodzi do samochodu, pyta o co chodzi, każe odpalić silnik i włączyć klimatyzację. Oczywiście nie działa. Kilkukrotnie włączam i wyłączam po czym gaszę silnik, elektryk pyta czy któryś bezpiecznik nie jest spalony i … znika w czeluściach warsztatu na 10 minut.

 

Oczywiście nie wiedziałem, czy któryś bezpiecznik jest spalony, bo złośliwe bestie nie informują o tym sygnałem dźwiękowym, smsem czy chociażby kontrolką na tablicy rozdzielczej. Elektryk wraca i informuje, że to nie bezpiecznik, bo na tym samym bezpieczniku, co klimatyzacja są również wentylatory, a te włączają się bez zarzutu. Alleluja, czyli właśnie zaoszczędziliśmy przeglądania 30 bezpieczników rozłożonych w komorze silnika, przy drzwiach kierowcy, oraz na ściance kanału środkowego od strony pasażera na wysokości Jego butów, co jest chyba przedostatnim miejscem, gdzie umieściłbym bezpieczniki. Ostatnie jest wnętrze zbiornika paliwa. Szkoda tylko, że nie zakomunikował po co idzie do warsztatu, ale może ma lekkie skłonności autystyczne lub traktuje to jako wiedzę nabytą i nie będzie się nią dzielił z pierwszym lepszym klientem. Poza nowo nabytą wiedzą o bezpiecznikach wraca też z dwiema probówkami do napięcia, które podpina do przekaźnika we wszystkich możliwych kombinacjach i na koniec stwierdza, że przekaźnik jest sprawny, bo z niego sygnał wychodzi. Na końcu drogi sygnału jest wtyczka do kompresora, gdzie w drugiej kolejności podłącza swoje próbówki i stwierdza brak napięcia. Niezrażony niepowodzeniem idzie po nitce do kłębka i trafia na elektromagnes. Jest on wbudowany w koło napędowe sprężarki klimatyzatora, więc nie ma gdzie podłączyć kabelków.

 

Poszedł jeszcze raz w czeluści warsztatu i wraca bezzwłocznie z brechą, łomem – jak zwał tak zwał w każdym bądź razie chodzi o duży kawał metalu, który na pewno ugnie się później niż jakakolwiek część współczesnego samochodu. Wsadził w okolice koła napędowego, zaparł o przetłoczenie komory silnika i pchnął wewnętrzną część koła napędowego do środka, co zazwyczaj robi ten elektromagnes, ale teraz nie miał siły, bo koło trochę przyrdzewiało razem z osią, na której ma się przesuwać. W tym momencie w okienku rewizyjnym pojawił się zielony kolor czynnik chłodzącego i zimne powietrze zaczęło wypływać z kratek wentylacyjnych pojazdu. Morał z tego taki, że warsztat może wyglądać licho, jak i sam mechanik, ale jego wartość określa się tym, że jak już znajdzie młotek to wie, gdzie go przyłożyć. Autoryzowany serwis z płytkami na podłodze i ścianach oraz z obsługą w czystych kombinezonach z imieniem na lewej piersi i logiem producenta na prawej zapewne zaleciłby wymianę całej sprężarki, co też by pomogło, ale kosztowałoby 400zł a nie 50zł jak w moim przypadku. Z tym, że w ASO, jak napisałem, jest obsługa, a ja pojechałem do mechanika.

 

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
sawari
Czas publikacji:
sobota, 16 sierpnia 2014 22:28

Polecane wpisy

Trackback