Odświeżająco normalny

Życie codzienne, irytacje, zachwyty, obserwacje i mity

Wpis

piątek, 30 stycznia 2015

Kochanka

 

Jak mówił pewien profesor w życiu należy mieć żonę oraz kochankę i … zadbać o to, aby One wzajemnie o sobie wiedziały. Wtedy żona myśli, że jesteś u kochanki, kochanka myśli, że jesteś u żony, a Ty spokojnie możesz iść poczytać do biblioteki.

 

Dlaczego hobby jest lepsze od żony? Można mieć więcej niż jedno i nie będą o siebie zazdrosne. Żona z reguły nie lubi dzielić swojego męża z drugą kobietą, innym mężczyzną, owcą, etc. Jak już się trafi egzemplarz, który to lubi zderzymy się z obowiązującym w naszym kraju prawem, które nie dopuszcza bigamii.

 

Ja akurat w ramach hobby nie chodzę do biblioteki – wolę poczytać w domu, najchętniej na kibelku, z czym koliduje mi praca zawodowa, która chce mnie mieć u siebie w biurze wcześniej niż o 11:00. Nie gardzę też czytaniem w parku, a w ramach optymalizacji obowiązków w funkcji czasu także słuchaniem audiobooków  w drodze do pracy.

 

W ostatni weekend wykorzystałem rzadką tej zimy sposobność oddania się sportom zimowym. Żoną jest snowboard, a  kochanką narty, a może odwrotnie? Najważniejsze, że obie przyjemności da się uprawiać naprzemiennie. Celowo nie napisałem „jednocześnie”, bo trójkącik z nartami, snowboardem i mną mógłby się skończyć na ostrym dyżurze chirurgicznym i nawet nie wiedziałbym jak się do tego zabrać. Znam przypadek, jazdy na snowboardzie z kijami narciarskimi – wyglądało to trochę jak wioślarstwo alpejskie, ale początkującemu jeźdźcowi pomagało skręcać.

 

Wracając z dygresji do nart muszę się przyznać, że w niegdysiejszych czasach jeździłem tylko na nartach, a później … poznałem snowboard. Po pierwszym sezonie, kiedy w ciągu dnia nabijałem sobie tyle siniaków, że trzy później jeszcze szukałem odpowiedniej pozycji na krześle jakbym miał hemoroidy, poruszanie się na desce zaczęło przypominać jazdę. Co więcej zaczęło sprawiać przyjemność. A w dodatku przyjemność nie maleje.

 

Posunąłem się w moich umiejętnościach jazdy, oraz w latach. W latach szybciej. Zaczęła mi przeszkadzać konieczność rozpinania i zapinania wiązań, wiążąca się zazwyczaj z siadaniem na śniegu, więc nawet jak już się nie wywracasz na desce to tyłek masz mokry. Niewygodne wysiadanie z wyciągu z wpiętą tylko jedną nogą, co sprawia, że na końcu wyciągu walczysz o pion co utrudnia brak wpiętej tylnej nogi. To trochę tak jakby kierownica w samochodzie skręcała tylko jedno przednie koło, a drugie chodziło na boki niczym kółko wózka w supermarkecie. W kolejce do wyciągu, jak musisz się odepchnąć nogą od podłoża ustawiasz ją w karkołomnej pozycji, która przy długiej kolejce potrafi zirytować. Na koniec koszmar snowboardzisty – wypłaszczenie, lub wręcz przeciwstok na trasie.

 

Po pięcioletniej przerwie założyłem narty i poczułem się … swobodnie. Owszem buty narciarskie nie są wygodne do nakładania, ani do chodzenia, ale jak już się przypnie je do nart nie ma ograniczeń. Można swobodnie stać w kolejce bez walki o pion, po wjechaniu na górę po prosty schodzisz z wyciągu i bez gmerania przy zapięciach zaczynasz zjazd, a na płaskim po prostu odpychasz się kijkami. Na snowboardzie zalecane jest posiadanie żony/męża, żeby miał kto holować Cię do górki. Przy łagodnej jeździe na nartach praktycznie nie czułem żadnego wysiłku, gdy tymczasem na desce im łagodniej jedziesz tym trudniej utrzymać stateczność ogólną. Jak chcesz pojeździć szybciej pojawia się wysiłek porównywalny z szybką jazdą na desce. Jak masz na stoku 12 osób i śnieg jest mocno zlodzony można pojeździć pełnym gazem i wtedy wysiłek jest taki, że uda pieką po każdym zjeździe, a kolana wysiadają po dwóch godzinach. To ciężka robota, jak górnik, tylko że nie dostajesz za to 16 pensji, a sam ponosisz koszt karnetu.

 

Z kolanami wiąże się największa wada nart – kontuzje. Jakby na to nie spojrzeć każda noga jedzie na oddzielnej narcie i jeśli jedna z nich złapie zaspę, źle się ustawi na bryle lodu lub po prostu straci przyczepność masz dwa wyjścia. Zrobić, w miarę możliwości, kontrolowany pad przy czym nie masz pewności czy nogi nie polecą w nieanatomicznych kierunkach. Jak wiadomo liczba stawów jest ograniczona, a w dodatku niektóre z nich mają tylko jeden stopień swobody i to w ograniczonym zakresie. Drugie wyjście jest takie, że podnosisz nartę, która ma problemy i jedziesz na jednej. Nie muszę chyba dodawać, że wtedy ciężar całego ciała spoczywa na jednym kolanie, dochodzą do tego siły dynamiczne od jazdy i … po dwóch godzinach odczuwasz dyskomfort.

 

Snowboardzista nawet jak ląduje na ziemi, to na obu kolanach i ma gwarancje, że buty nie wypną mu się z zapięć i nie zrobi szpagatu z potrójnym toe loop’em. Prawdopodobnie zakończy się wszystko siniakiem, który po tygodniu sam schodzi. No chyba, że w wyniku upadku polecisz w sosnę i zostaniesz bombką na choince, ale to nie jest cecha różnicująca snowboardzistę od narciarza.

 

Deskę pokochałem za zwrotność. Podczas nauki na oślej łączce udało mi się kiedyś zrobić dwa szybkie skręty w tym samym kierunku, tak że wyglądało to jak obrót o 360 stopni. Oczywiście zrobiłem to bezwiednie walcząc o utrzymanie się powyżej śniegu. Kolejny raz zrobiłem ten manewr dopiero 3 lata później już z pełną kontrolą i muszę przyznać, że to wielka przyjemność. Dla niewprawnego oka wyglądasz trochę jakbyś się zataczał niczym znietrzeźwiony człowiek, ale ktoś jeździ na desce wie, że nie jest to łatwe. Wyjście z n-tego z kolei obrotu na prostą też nie jest proste. Dobrze, że przynajmniej nie wymaga wizyty u psychologa, ani w więzieniu.

 

Rekapitulując stwierdzam, że gdybym na bezludną wyspę mógł zabrać deskę lub narty … to zostanę i nadal będę korzystał z obu przyjemności, a kiedy już zdrowie nie pozwoli … pójdę do biblioteki. Albo będę obserwował jak jeżdżą inni – najciekawiej obserwuje się początkujących. Jadąc na wyciągu łatwo ogląda się poczynania nowych adeptów sportów zimowych. Mniej więcej utrzymują się na nartach dopóki nie muszą skręcić lub się zatrzymać. Początkujący często jedzie „na krechę” po oślej łączce i hamuje lądując tyłkiem na śniegu. Podczas jazdy zamiast koncentrować się na nogach wywija rękami, przy czym warto wspomnieć, że ręce te nie trzymają kijków, zatem nie działa to jak kontrola trakcji, a bardziej jak wentylator lub strach na wróble. W końcu nie od razu Rzym zbudowano i ja tak samo macham rękami, niewyposażonymi w płetwy, podczas pływania. Tylko ja na razie nie opuszczam akwenów, w których nie dotykam stopami dna, a młodzieńcy z oślej łączki poszli potem na właściwy stok. Szło im ze zmiennym szczęściem. Jak jechali to byli szybcy jak ja, ale zanim pozbierali narty, czapki i rękawiczki po przewrotce ja byłem już w połowie drogi na górę. 

 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
sawari
Czas publikacji:
piątek, 30 stycznia 2015 00:29

Polecane wpisy

Trackback

Komentarze

Dodaj komentarz

  • Gość Ena napisał(a) z *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl komentarz datowany na 2015/01/30 18:39:30:

    Wypróbuj trojkącik z nartami (lub snowbordem) i ksiażką ;-)

  • Gość sawari napisał(a) z *.neoplus.adsl.tpnet.pl komentarz datowany na 2015/02/01 22:50:29:

    Jaki tytuł książki?

  • Gość Ena napisał(a) z *.nat.umts.dynamic.t-mobile.pl komentarz datowany na 2015/02/04 08:04:11:

    Tytuł nie jest w tym przypadku istotny ;-)

Dodaj komentarz