Odświeżająco normalny

Życie codzienne, irytacje, zachwyty, obserwacje i mity

Wpis

wtorek, 06 września 2016

Sandomierz

 

Sandomierz jest świetnym miastem na weekendową wycieczkę. W mieście nie ma zatrzęsienia turystów, ani korków zaczynających się w piątek o 16 i kończących w niedzielę o 20. Nie ma takiej potrzeby, sama droga do Sandomierza, najeżona terenami zabudowanymi, ograniczeniami prędkości i tirami, ciągnie się jak sznurówki za sześciolatkiem i potrafi skutecznie zniechęcić do podróżowania w tamtym kierunku. Jak już dotrzecie na miejsce okaże się, że z 7 samochodów przed waszym hotelem 3 i tak mają rejestracje warszawskie. W restauracjach dominują rozmowy, głównie przez telefon, o planach na czas po powrocie do Warszawy. Jeśli ktoś nie rozmawia przez telefon i aktualnie nie rozmawia z kelnerem to rzadko rozmawia też ze współbiesiadnikami skupiając się na ekranie swojego, a jakże, iPhone’a.

 

Miasto chlubi się tym, że jest miastem filmowego Ojca Mateusza i oferuje koszulki z Jego postacią, przepisy kulinarne z Jego kuchni, oraz noclegi i posiłki w dworku Jego imienia. My poszliśmy innym tropem i w ramach przewodnika po mieście używaliśmy kryminału „Ziarno prawdy”, którego akcja toczy się w Sandomierzu. Zaczęliśmy od rekonesansu ogólnego, aby się zorientować gdzie są najważniejsze punkty miasta co zajęło nam całe 20 minut. Wyodrębniając z całego miasta dzielnicę przemysłową i zwykłe budynki mieszkalne zostaje atrakcyjne turystycznie Stare Miasto, które mieści się na mniej więcej trzech boiskach piłkarskich ustawionych wzdłuż. Już szukając hotelu można się zdziwić, bo pokazane na bookingu hotele znajdują się na przeciwnych krańcach Starego miasta i zastanawiasz się, gdzie chcesz mieć bliżej w przyszłości. Jeśli nie popełniłeś gafy i nie wybrałeś hotelu za Wisłą blisko masz wszędzie. To też tłumaczy brak korków w mieście, bo jeśli już zaparkujesz auto pod hotelem odpalasz go dopiero w dniu wyjazdu, a do zwiedzania wystarczą ci własne nogi.

 

Jak w każdym mieście, tak i w Sandomierzu znajduje się wysoka wieża, na którą można wejść. Jak w każdym mieście zwiedzanie najlepiej zacząć od tego punktu i jeśli dopisze nam pogoda mamy całą panoramę miasta jak na dłoni. Wdrapujemy się na Bramę Opatowską, czyli jedyną bramę z czterech jaka ostała się do czasów dzisiejszych. Wysoko nie jest i schody wygodne, a po drodze można obejrzeć zdjęcia z prac nad ekranizacją „Ziarna Prawdy” co zawsze jest ciekawe jeśli nie podążasz śladami Ojca Mateusza. Zdjęć z ekranizacji tego drugiego na wieży nie ma.

 

Po zejściu z góry warto iść w dół, czyli do największej atrakcji Sandomierza, jaką jest trasa podziemna. W dół schodzi się grupami po ok 30 osób dlatego warto kupić bilety wcześniej i przyjść o wyznaczonej na bilecie godzinie, bo częste grupy zorganizowane potrafią znacząco wydłużyć kolejkę. Trasa liczy ok 500m po różnej głębokości i wielkości salach podziemnych, gdzie jesteśmy tuż pod rynkiem i przez otwór wentylacyjny widać sprzedawane na powierzchni precle, lub jesteśmy 12m po kamienicą, gdzie nie widać najmniejszych oznak świata zewnętrznego i jest przyjemnie chłodno – dla większości kobiet wręcz nieprzyjemnie zimno. Trasa podziemna powstała z połączenia kilkunastu połączonych ze sobą piwnic, albowiem w czasach bogactwa Sandomierza ok XVI w. każdy kupiec sandomierski miał pod domem piwnicę – im zamożniejszy kupiec tym większa piwnica. Miasto leży na dość miękkiej skale lessowej, gdzie dość łatwo drąży się tunele, a w XVI w. słowo geodezja jeszcze nie istniało, więc zdarzało się, że jeden sąsiad wchodził drugiemu do piwnicy i takim systemem przejść można było przejść przez stare miasto nie moknąc na deszczu. Lub przeciągnąć tamtędy po kryjomu zwłoki jak to miało miejsce w omawianym kryminale. W połowie XX w. zaniedbane korytarze i piwnice zaczęły się zapadać, więc wezwano górników, którzy większość piwnic zasypali, a nieliczne wzmocnili i zostawili jako trasę turystyczną. Pewnie autochtoni znają i inne niezasypane fragmenty, ale chowają je przed turystami.

 

Z podziemi wychodzi się pod Ratuszem, skąd ruszyliśmy nad Wisłę podziwiać z dołu widoki na skarpę wiślaną z malowniczym Starym Miastem. W niedzielę właśnie tak najlepiej zrobić, bowiem kościoły są dostępne dla turystów raczej w godzinach popołudniowych, co sprawdziliśmy w dniu poprzednim. Na dół można zejść „ślimakiem” czyli zakręconymi co chwila schodami znajdującymi się przy Collegium Gostomianum – budynku w którym nieprzerwanie od ponad 400 lat znajduje się szkoła, aktualnie liceum nr 1. Na górze schodów można spotkać wycieczkę, która przyszła tutaj spojrzeć na Wisłę, posłuchać o Collegium i zawrócić. Na dole już jest pusto i z błoni między skarpą a Wisłą bardzo ładnie widać stojące na górze, w znacznej mierze średniowieczne, budynki.

 

Bo kilkuset metrach zarośnięty chaszczami brzeg Wisły zmienia się w ładny i zadbany miejscowy OSiR. Wybrzeże jest umocnione, zaopatrzone w ławeczki i oświetlone i można tam odpocząć lub poczekać na rejs statkiem po Wiśle. Statek płynie „w tę i z powrotem” i jedyną jego zaletą jest to, że z rzeki jeszcze lepiej widać wybudowane na skarpie miasto. Dla bardziej aktywnych w zakolu Wisły są do wypożyczenia rowery wodne w kształcie łabędzia lub kaczki oraz kajaki … w kształcie kajaku.

 

Wracając do miasta warto skręcić najpierw w lewo do kościoła Św. Jakuba, gdzie można zobaczyć ładne choć surowe, romańskie wnętrze najstarszego kościoła murowanego z cegły w Polsce i podziwiać przyklasztorną winnicę, niestety bez degustacji.

 

Schodząc winnicą trafiamy do Zamku Królewskiego. Król tutaj nie panował, ale Kazimierz Wielki ufundował budowę tego zamku jak i połowy ówczesnego miasta. Zamek jako symbol, był palony podczas najazdów Tatarskich i grabiony podczas Potopu Szwedzkiego. W czasach rozbiorów Polski służył jako więzienie, a obecnie został tylko w formie zachodniego skrzydła z muzeum regionalnym jest w środku. Warto wejść do środka, ponieważ wnętrza nie skrywają zrobionej na siłę galerii sztuki, gdzie znajdują się dwa obrazy Moneta, 40 obrazów lokalnych twórców nieznanych poza granicami województwa i 30 obrazów twórczości, przez duże TFU nowoczesnej przedstawiającej biały kwadrat na białym tle. W cenie biletu brakuje działki tego, co bierze TFUrca, więc ja nie potrafię docenić ich kunsztu. Takie galerie powstają niestety w mniej znaczących pałacach i zamkach, gdzie nie ma nic do pokazania, a bilety wstępu trzeba sprzedać. Muzeum w Zamku Królewski w Sandomierzu przedstawia historię zamku i okolic. W pierwszych izbach pokazane jest „jak dawniej bywało” w kuchni, na roli, w rybołówstwie i w warsztacie. Ja osobiście identyczny stary piec z wiejskiej chaty widziałem w starym domu mojej Babci, ale ludzie z miasta, którzy prędzej w życiu zobaczą symbol McDonalds niż żywą krowę  mogą być bardziej zainteresowani. W podziemiach są pamiątki po prowadzonym w zamku więzieniu, wraz z książką inwentaryzacyjną, gdzie można poczytać kiedy ktoś rozpoczął areszt, z jakiego paragrafu i kiedy został stracony. Poza tym zabytkowe meble i wyposażenie pałacowe, a nie wiejskie i kilka obrazów – sztuka żadna, ale nie jest to główną atrakcją.

 

Ulicą, a jakże, zamkową docieramy do rynku żeby coś zjeść. Ufni słowom prokuratora Szackiego z „Ziarna Prawdy” omijamy Ciżemkę i kierujemy się do 30-stki, gdzie podobno jest najlepsza kasza gryczana na świecie. Reklamowana jest ona także na pierwszej stronie menu i polecana z dowolnym  mięsem marynowanym w ziołach, które są specjalnością zakładu. Mięso jest dobre i kasza ok. ale nie jest nawet wyborna nie wspominając już o najlepszej na świecie. Z obiadu najlepiej wspominam, podobnie jak pan Prokurator, piwo – nie jakieś lokalne warzone na miejscu tylko zwykłe z butelki, a że było gorąco to wchodziło wyśmienicie. Warto też zauważyć, że ceny w mieście są raczej stałe i nie rosną 3 krotnie na Starym Mieście, aby turyści mieli gdzie zostawić swoje ciężko zarobione Euro, ponieważ tych płacących w euro po prostu tam nie ma.

 

Po obiedzie idziemy do Bazyliki Katedralnej w Sandomierzu, gdzie już skończyły się nabożeństwa . Bryła z XIV w. sponsorowana przez Kazimierza Wielkiego, a wystrój głównie XVIII wieczny. Całość, mimo baroku, ładna choć nie wszystkich zachwyca charakterystyczne dla tej świątyni Martyrologium Romanum, czyli cykl 12 (po jednym na każdy miesiąc) obrazów przedstawiających śmierć męczennika. Na każdym z 12 monumentalnych obrazów (każdy z nich ma powierzchnię miejsca parkingowego zgodnego z warunkami technicznymi jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie) jest kilkadziesiąt postaci, z których  ok 30 jest ponumerowanych (dniami miesiąca) i martwych, torturowanych bądź zabijanych. Upamiętnieni święci nie umierają na szkarłatnym łożu otoczeni przez kochające dzieci i rumiane wnuczęta. W najłagodniejszej wersji są gilotynowani mieczem, bądź nożem, a Ci którzy mieli mniej szczęścia są rozrywani przez maszyny lub zwierzęta, podpalani żywcem lub zjadani przez psy. Całość w typowo polskim ujęciu religii „memento mori” zamiast „Bóg Cię kocha”. Całość była malowana przez ponad 30 lat siłami Karola de Prevot i jego czeladników, co widać w technicznej przeciętności dzieł. Gratis są jeszcze cztery obrazy przedstawiające historię Sandomierza w tym samym tonie, więc wybrano np. rzeź mnichów (ze szczegółami) przez szwedzkich najeźdźców czy mord rytualny chrześcijańskich dzieci przez żydów. W żadnym kościele nie oglądałem tak dokładnie obrazów na ścianach, ale zwłaszcza ten ostatni był kluczowy dla historii śledztwa w „Ziarnie prawdy”. Co ciekawe z powodów protestów żydowskich mord rytualny był przez wiele lat zakryty i dopiero w 2014 r. został na nowo pokazany i opatrzony tabliczką, że jest to rzekomy i legendarny mord, a nie świadectwo historii miasta.

 

W ramach popołudniowego relaksu warto iść do polecanej przez prokuratora Szackiego „Małej” – sympatycznej kawiarni, niby zbyt różowej i dziecinnej w środku, ale z wyśmienitą kawą. Kiedy już się przeludni warto wieczorem iść do Kordegardy, czyli dawnej wartowni, a dziś kawiarni z dużym tarasem i świetnym widokiem na wydarzenia na rynku. Przy porównaniu do cen warszawskich 15 zł za drinka jest wartością bardziej niż atrakcyjną, zwłaszcza za drinka z żywym kwiatem pływającym w kieliszku. Kiedy po kilku drinkach dopadnie nas głód warto zaznaczyć, że w Sandomierzu są słynne zapiekanki, sprawdziłem na własnym podniebieniu, że dobre

 

Stara synagoga mieszcząca dziś sandomierski oddział archiwum państwowego w Kielcach z zewnątrz jest dość uboga, choć ma ciekawy dach przywodzący na myśl kulturę azjatycką. Przy jej murach na skarpie można też poszukać miejsca, gdzie znaleziono zwłoki Budnikowej, ale jak wiemy z książki warto wejść do środka i zobaczyć chociażby znaki zodiaku. Próbujemy w poniedziałek niestety pracownik stwierdza, że w trosce o akta nie wpuszczają turystów do środka. Wyjątek robią podczas dni otwartych rak na rok lub dwa lata.

 

Z wyczytanych uprzednio atrakcji została nam jeszcze eliptyczna klatka schodowa we wspomnianym uprzednio budynku Collegium Gostomianum. Wczoraj było zamknięte, ale we wrześniowy poniedziałek są już lekcje i szkoła jest pełna młodzieży. Akurat trafiamy na przerwę, wiec gubimy się w tłumie uczniów i chodzimy po korytarzach nie tłumacząc się nikomu, że naprawdę przyszliśmy tutaj obejrzeć klatkę schodową, a nie sprzedawać LSD i namawiać do wstąpienia do sekty. Przy pierwszej klatce schodowej stwierdzamy, że nic imponującego tu nie ma. Po przejściu całego korytarza na pierwszym piętrze trafiamy do drugiej klatki która też jest dosyć nijaka. Dopiero po przechyleniu się przez barierkę widać w piwnicznych kondygnacjach nieregularny kształt, który na kondygnacjach nadziemnych przechodzi w zwykły prostokąt. Trudno powiedzieć czy to na dole jest elipsą czy dziełem murarza po wypłacie bez poziomnicy i przestaje nas dziwić, że nie udostępniają wnętrza szkoły turystom.

 

Niezauważeni opuszczamy budynek szkoły i po łyczku kawy w Małej również Sandomierz.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
sawari
Czas publikacji:
wtorek, 06 września 2016 13:44

Polecane wpisy

Trackback