Odświeżająco normalny

Życie codzienne, irytacje, zachwyty, obserwacje i mity

Wpisy

  • poniedziałek, 05 grudnia 2016
    • Jak kupić samochód?

       

      Zostałem niedawno poproszony o pomoc w zakupie samochodu. Nie chodziło o okazję typu „Niemiec pod kocem trzymał”, która w rzeczywistości oznacza „Mechanik rok w warsztacie trzymał, aż wreszcie uzyskał prosty tor jazdy”,  tylko o nowy samochód sportowo-użytkowy, czyli SUV. Sportu nie spotkałem w tego typu samochodach, a jeśli chodzi o walory użytkowe to … używane zgodnie z przeznaczeniem potrafią sprawić przyjemność.

       

      Na pierwszy ogień poszedł Subaru XV – z zewnątrz całkiem nieźle, bo przy innych SUVach nie wygląda jak opasła świnia tylko jak zgrabny warchlaczek. Z logicznego punktu widzenia wyższe samochody powinny oferować większy komfort niż limuzyny, ponieważ można do nich wsiąść jak na krzesło i siedzieć jak w fotelu, zamiast nurkować głęboko uważając głową na krawędź dachu, a następnie siedzieć jak w gokarcie z nogami niemal całkiem poziomo. Nie spodziewajmy się wygody jak w londyńskiej taksówce, gdzie można wejść w cylindrze na głowie, ale źle nie jest. Drzwi są duże i na głowę nie trzeba uważać, za to … nogi mają problem. XV ma ponadprzeciętnie szerokie progi, co znacząco zmniejsza komfort wsiadania jednocześnie zwiększając ryzyko dotknięcia przy wsiadaniu progu, który nierzadko będzie brudny, co odbije się – zupełnie dosłownie - na naszych nogach lub spodniach. Po zajęciu miejsca na tylnej kanapie od razu stwierdzam, że siedzisko jest zbyt krótkie i słabo podpiera uda. Ja poczułem to 20 sekund po wejściu; co zatem można poczuć po 4 godzinach podróży? Po przesiadce na fotel kierowcy stwierdzam poprawę komfortu siedzenia - ze zdumieniem dowiaduję się, że tylko fotel kierowcy ma regulację. Z jakiegoś powodu Subaru uznaje pasażerów za drugą kategorię i fotel pasażera nie ma regulacji poza podstawową, nawet za dopłatą! Za kierownicą poza regulowanym fotelem mam dyspozycji stery i tutaj uznanie dla producenta, który w końcu z jakości prowadzenia słynie. Podwozie pracuje znakomicie - niezależnie czy jedziemy po prostej czy po zakręcie w deszczu prowadzi się niewzruszenie i hamulców możemy używać tylko po to, aby nie rozjechać innych aut, które przed zakrętem muszą hamować. Nutka niepewności pojawiła się gdy w lusterku wstecznym ujrzałem Skodę Felicję pędzącą równo z nami, także na zakręcie i zacząłem się zastanawiać czy podwozie Subaru wcale nie jest tak wyjątkowe, czy może to kwestia kierowcy Skody – raczej jego determinacji dochodzącej do brawury niż umiejętności. Niestety, Subaru wyposażone jest w automatyczną skrzynię biegów i zbyt słaby silnik - przy rozpędzaniu, na wysokich obrotach, wyje jak  zarzynany tur, a efekt jest tylko zadowalający. Po rozpędzeniu się jest już lepiej, chociaż powyżej 140 km/h też robi się głośno w kabinie. W Subaru najlepsze zawsze było pod maską i o ile w tym wypadku moc silnika nie zachwyca, to urzekł mnie widok po otwarciu maski. Zamiast morza plastiku widzimy wszystkie komponenty, a te często wymieniane (filtr oleju) są z przodu z dobrym dostępem, co dodatkowo podkreśla charakter użytkowy auta.

       

      Następnym kandydatem była Toyota RAV4, która na pierwszy rzut oka jest … brzydka. Na drugi i trzeci również. Gabaryty ma jeszcze większe niż Subaru, poprzecinane ostrymi liniami, które zamiast łamać dużą bryłę nadają jej nieforemny kształt przez co wygląda jak auto projektowane przez 3 osoby, które miały ciche dni. Po wejściu na tylną kanapę nie mogłem zignorować wygodnych i eleganckich foteli w białej skórze…ani dużych ilości czarnej tapicerki wokół, z czarną podsufitką włącznie. Tak chyba czuje się nieboszczyk – leży na białym a dookoła wszystko czarne… Skojarzenie było nieodparte, ale czy projektanci samochodu na pewno taki efekt chcieli uzyskać? Auto ma silnik hybrydowy o mocy ok 200 KM i tyle mu wystarcza. Na prostej oferuje dobre przyśpieszenie, a na zakręcie i tak szybciej nie pojedziemy, bo zawieszenie nie nadąża za silnikiem. Tym razem automat spisuje się dobrze i całość chodzi cicho przy użyciu silnika spalinowego i ekstremalnie cicho przy jeździe tylko na prąd. Czy tylko ja znów mam skojarzenia z pochówkiem? Rekapitulując RAV4 jest wygodniejsza i lepiej wykończona, ale ustępuje Subaru na polu właściwości jezdnych. Dla miłośników komfortu jest zdecydowanie lepszym wyborem, natomiast obiektywnie oferuje tyle co XV tylko w innej dziedzinie. Zapewne celują w inne preferencje, a może nawet inne grupy nabywców. Tylko dlaczego Toyota jest o 70 000zł droższa? Nieco większy rozmiar nie usprawiedliwia tak znacznej różnicy.

       

      Lepsza wersja Toyoty nazywa się Lexus. Model NX jest mniejszym z ich SUVów, chociaż jest rozmiarów RAV4, a nie XV i wygląda … jak opasła świnia poprzecinana ostrymi liniami, co nadaje mu atrakcyjny wygląd. Wymiarowo samochód jest duży, ale nie sprawia wrażenia autobusu rodzinnego, mimo że w środku miejsca jest baaaardzo dużo. Siadając na fotelu najpierw słyszy się miłe plaśnięcie i uczucie jakby zapadać się w 2cm warstwę puchu i dopiero wtedy ląduje się na twardym. Warstwa puchu miło tuli i jednocześnie dobrze trzyma na boki przez co jako pasażer można usnąć szybciej niż w Pendolino. Reszta wykończenia kabiny również jest na najwyższym poziomie, do którego poprzednie modele nawet się zbliżają. Czy tak wygodna kanapa potrafi jeździć? Wersja z ponad 200 konnym silnikiem benzynowym i automatyczną skrzynią biegów rozpędza się znakomicie i robi to z największą dyskrecją. Przy ostrym dodaniu gazu słychać pomruk silnika, który jednak w niczym nie przypomina startującego samolotu. Po rozpędzeniu się słychać … rozmowy w środku a świat zewnętrzny oferuje efekt wideo bez natrętnego audio. Na zakrętach NX prowadzi się nie gorzej niż Subaru, wiec powoli kończy się lista do złapania punków ujemnych. Cena? Nic z tego, przy cenie 190 000 zł jest zaledwie 15 000 zł droższy od Toyoty oferując lepsze parametry w każdej dziedzinie, a tyle pieniędzy można by zapłacić już za sam wygląd. Chyba księgowi Toyoty zrobili jakiś błąd w kalkulacji oferując w podobnej cenie samochody tego samego koncernu tak znacząco różniące się wykonaniem. Być może liczyli, że marka Lexus uważana jest za luksusową i większość osób nawet nie sprawdzi tam ceny wybierając najlepiej wyposażoną wersję RAV4.

       

      Ostatnim odcinkiem był salon Mazdy, gdzie czekał na nas model CX5. Należy on do tych ciut większych SUVów, ale dzięki zgrabnie poprowadzonej linii podoba się jak Lexus i na tyle na ile mogą podobać się SUVy. Opcje wykończenia wnętrza obejmują fotele wykończone białą skórą i połączone z jasną tapicerką reszty, co robi znacznie lepsze wrażenie niż pogrzebowa Toyota. Po Lexusie komfort (choć słowo komfort należy chyba zachować dla Lexusa, w CX5 fotele są po prostu bardzo wygodne) jazdy jest niższy, co objawia się głównie większym hałasem powyżej 140 km/h. Podczas przyspieszania słychać przyjemny pomruk motoru o pojemności 2,5 litra i ok 200 KM, i tutaj również automatyczna skrzynia nie wysyła silnika do pracy na ekstremalnych obrotach tylko pozwala rozpędzać się szybko, ale bez wysiłku. Deszcz niestety tym razem nie padał, ale na suchych łukach autem można jechać podobnie jak sedanem i większe wychylenia przeszkadzają tylko pasażerom tylnej kanapy, która nie trzyma ciała w jednym miejscu tylko pozwala odbijać mu się od drzwi do podłokietnika. Można się tylko przyczepić do zbyt grubego zagłówka w fotelach z przodu, które odginają głowę przy dość pionowym (czyli zdrowym i prawidłowym) ustawieniu oparcia.

       

      W podsumowaniu należy napisać prawdę. Sportowy nie jest żaden z tych samochodów. Użytkowy jest tylko Subaru, gdzie możemy spokojnie wrzucić worek cementu do środka, bo wykończenie i tak jest brzydkie i nie będzie nam szkoda. Jeśli będziemy przewozić raczej ludzi niż przedmioty należy wybrać którykolwiek z tych aut poza Subaru, natomiast jeśli do tego lubimy prowadzić należy wyeliminować Toyotę. Największa zaleta tych jazd próbnych jest taka, że nie uważam już użytkowników SUVów za osoby bez gustu i masochistów, którzy utrudniają sobie parkowanie, a wszystko za wyższą cenę i większe koszty eksploatacji niż sedana. Kto ceni komfort i do tego ma problemy z poruszaniem się wynikającym z większej tuszy lub starszego wieku powinien wybrać właśnie SUV, bo siedzi się w nim zazwyczaj wygodniej niż w niskim samochodzie i co najważniejsze wygodniej się do niego wsiada. Może w cylindrze się nie da, ale w eleganckim okryciu np. podczas wyjścia do opery jak najbardziej. Zdecydowanie najwygodniej podjechać pod nią Lexusem, ale gdybym miał go kupić kosztem braku środków na bilety do opery kupiłbym 40 000zł tańszą Mazdę.   

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 grudnia 2016 15:31
  • sobota, 19 listopada 2016
    • Mężczyźni i ich zabawki

       

      Wizyta w serwisie ASO może wiele kosztować. Wydatek za usługę wyrażony w złotówkach wcale nie musi być największym kosztem.

       

      Każde dobrze wychowane dziecko wie, że w przypadku mniejszej czystości otoczenia pojazdu i obowiązkowo zimą,  jeśli wsiadamy z ośnieżonej powierzchni, do samochodu wsiada się najpierw pupą. Ulokowawszy siądźkę w aucie nogi zostawiamy chwilowo na zewnątrz i przez otwarte drzwi kopiemy podeszwami butów o siebie, aby otrzepać zabrudzenie. Jeśli przy samochodzie jest czysto, a  tylko buty mamy brudne można zrobić kilka energicznych kroków obijając brud z podeszwy o chodnik. Mechanik w ASO tego nie wie lub wszystko co w życiu robi okrasza właściwą mu dawką brudu. Oddałem dziś samochód, który nie był może nachalnie czysty, ale był schludny. Przy odbiorze na dywaniku kierowcy znajdowało się tyle ziemi, że bałem się, iż od dywanika to sobie jeszcze buty pobrudzę! Rachunek wyrażony w irytacji i wkurwieniu właśnie zapłaciłem.

       

      Czekając na samochód miałem do dyspozycji kawę, herbatę, ulotki salonu, gazety o celebrytach (niektórzy twierdzą, że o gwiazdach, ale na okładce nie dostrzegłem nic z astronomii) i gazety o samochodach. Wybrałem tę ostatnią i przeczytałem ciekawy wywiad z Jerzym Iwaszkiewiczem, przekartkowałem nudne testy samochodów typu Golf i … gazeta zmieniła tematykę na zegarki męskie. Przez trzy kolejne strony były reklamy różnych zegarków i co gorsza jeden z nich mi się spodobał. Na zegarki patrzę jak na kobiety: owszem niektóre ładne, ale … mam żonę. Żona co prawda czasu nie mierzy, ale skoro już jedną mam to na inne kobiety patrzę tylko ze względów estetycznych. Mierzeniem czasu zajmuje się telefon w mojej kieszeni, więc przez analogię po co mi drugi zegarek? Produkt szwajcarskiego zegarmistrza był niezwykle urodziwy – typ zdecydowanie elegancki, ale bez przesadyzmu czy nawet zwykłej przesady, więc można go założyć także do szortów. Na stronie internetowej sprawdziłem, że wyrób ten kosztuje 13 000 zł.

       

      W stosunku do tej ceny rachunek z ASO był kroplą w morzu. Zachęcony reklamą przejrzałem inne zegarki tego samego producenta i stwierdziłem, że ten na pierwszej stronie też jest elegancki i w dodatku urozmaicony oczkiem w cyferblacie pokazującym mechanizm. Cena 132 999 PLN sprawia, że nie tylko wizyta w ASO, ale i w salonie samochodów nowych staje się okazją. Zastanawia mnie tylko, czy za noszenie takiego zegarka nie grozi więzienie, bo pasek był ze skóry aligatora, a zdaje się niektóre kraje sprawdzają na lotnisku czy nie wywozi się dzikich zwierząt w całości lub fragmentach.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      sobota, 19 listopada 2016 10:33
  • wtorek, 08 listopada 2016
    • Banki kłamią

       

      Odwiedzając kilka oddziałów banków w Warszawie można wyrobić sobie zdanie, że statystyczna dorosła kobieta w Polsce waży 52 kg. Wychodząc z banku na ulicę zauważamy rzeczywistość, w której tych o wadze poniżej 52 kg jest najwyżej kilka procent, a średnia gwałtownie rośnie o 15 kg. 

       

      Niedawno jednego dnia odwiedziłem trzy różne banki i poczyniłem następujące obserwacje:

       

      Pierwszy oddział zatrudniał trzy kobiety w wieku do 30 kilku lat i wszystkie były co najmniej szczupłe, a niektóre wręcz chude. Nie było to dziwne i niespotykane, bo w tym wieku metabolizm mógł jeszcze nie zwolnić, a w dodatku jest to wiek uganiania się za facetami, gdzie powodzenie na „rynku” jest odwrotnie proporcjonalne do masy ciała i wprost proporcjonalne do rozmiaru miseczki stanika, chociaż te ostatnie nie były imponujące w tym przypadku. W zasadzie to średnio było widać, bo w służbowym „mundurku” obowiązuje biała koszula, która nie jest wyraźnie dopasowana do ciała - czy tylko dlatego, żeby klient podczas wizyty zrozumiał jeszcze jakieś cyferki, a nie wpisywał w ankiecie zadowolenia klientów „Nie wiem jakie jest oprocentowanie, ale obsługa chodzi w ślicznych bluzkach”? Podejrzewam, że prawda jest mniej ekscytująca – bluzki nie są tak dopasowane, bo klientami banku są też kobiety, a te zastane w oddziale mieściły się w średniej rzeczywistej, a nie bankowej.

       

      Drugi bank zatrudniał niemal identyczne chude sarny w białych koszulach i ciemnych spódnicach lub spodniach. Wyjątek stanowiła jedna Pani odstająca o 20 kg od średniej bankowej i ubrana w różową bluzkę o kroju na oko wygodniejszym niż koszula, ale ta Pani podpisywała akceptację, więc zapewne piastowała nadrzędne stanowisko. Jak wiadomo, co wolno wojewodzie to nie Tobie … . Jako kierowniczka ma też pewnie wyższe apanaże i po opłaceniu kredytu, kosmetyków i abonamentu telefonicznego więcej Jej zostaje na jedzenie. Czyżby te młode pracownice obsługi klienta miały tak niskie pobory, że zmuszone są źle się odżywiać? A może te białe koszule nie są służbowe tylko prywatne i ich zakup i konserwacja pochłaniają lwią część dochodów? Malarzowi lub ślusarzowi zatrudnionemu na etat przysługuje odzież robocza rozdawana co jakiś czas w zależności od rodzaju pracy fizycznej, a do tego ma zapewnione pranie tej odzieży lub dodatek do pensji na pranie tejże. Przy pracy biurowej w banku takie przywileje nie funkcjonują.

       

      Bank numer trzy zatrudniał dwie młode kobiety około 30 lat będące kalkami ich koleżanek z innych banków. Trzecia wagowo trzymała standard bankowy, ale różniły ją dwie rzeczy: wiek i czarna sukienka zamiast białej bluzki dzięki której Pani wyglądała jak kobieta, a nie jak kasjer. W dodatku sukienka kończyła się nie w kolanie tylko w połowie uda, więc wyglądała jak kobieta świadoma tego, że jest ładna. Mogło to wynikać z Jej drugiego wyróżnika, czyli wieku – około 45 lat, choć z odległości 10 m mogła spokojnie uchodzić za 30 latkę, bo twarz miała zupełnie gładką. W tym przypadku łatwo zgadnąć dlaczego była chuda. W końcu takiej gładkości nie uzyskuje się samym wklepywaniem w skórę drogich kremów, ani nawet wizytami w SPA raz na kwartał. Tu widać było rękę chirurga plastycznego, który z rozpędu zafundował jej też trochę botoksu w kąciki ust, przez co miała lekki uśmiech niezależnie od tego czy mówiła „dzień dobry” do nowego klienta czy wkładała papier do drukarki. Chirurg do tanich raczej nie należy, więc na jedzeniu musiała zaoszczędzić.

       

      Oszustwo polega nie tylko na zaniżaniu wieku i wagi statystycznej dorosłej kobiety. Kobiety zatrudnione w bankach mogą mieć złudzenie, że wiecznie będą szczupłe i ładne, ale prawda jest taka, że później w gratisie dostaną garba – jak wierna klientka chirurga z banku nr 3. 

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      wtorek, 08 listopada 2016 00:03
  • czwartek, 06 października 2016
    • Postęp technologiczny

       

      Do wczoraj wydawało mi się, ze rozwój technologii służy temu, aby człowiekowi łatwiej się żyło, był zdrowszy i miał więcej czasu na swoje hobby jak wędkowanie, rodzina czy picie wódki. Po zakupie nowego telefonu okazało się, że jest dokładnie odwrotnie. Cztery lata temu, żeby wgrać ulubioną piosenkę jako dzwonek w telefonie wystarczyło 6 minut, jeśli telefon nie gra mojej piosenki po prostu na niego nie reaguję i nie rozumiem dlaczego ludzie robią sobie ten kłopot i czasem personalizują dla pojedynczego kontaktu inny dzwonek. Po podłączeniu telefonu do komputera pojawiało się znane okienko eksploratora z podziałem na foldery. Wybrany plik z rozszerzeniem mp3 wgrywało się do folderu muzyka lub dźwięk i mieliśmy już połowę sukcesu. Po odłączeniu telefonu wystarczyło wejść w opcje „dźwięk” i z dostępnych gotowych dzwonków lub utworów (wszystko było widoczne) wybrać nasz ulubiony i zatwierdzić.

       

      Wczoraj ustawienie wybranej piosenki zajęło mi 1,5 godziny i bez samouczka na Youtubie nawet by m nie wiedział dlaczego nic mi nie działa. Teraz po podłączeniu telefonu do komputera pojawił się jeden folder, w którym nic nie ma i do którego nie można nic wgrać! Trzeba zatem pobrać program z Internetu (ponad 200 Mb i zainstalować). Do biblioteki programu należy dodać wybrany utwór i … zaczynają się schody. Zgodnie z samouczkiem naciskam opcje tego utworu i moje menu rozwija się w mniejszej zawartości niż to w samouczku. Oczywiście brakuje opcji, którą należy wybrać. Po 10 minutach udaje mi się wygrzebać tę opcję z menu głównego i przerabiam plik na inny format, bo jakiś gamoń wymyślił sobie, że telefon, który ma funkcję odtwarzania mp3, jako utworów musi mieć dzwonki w innym formacie! Po przerobieniu pliku mogę go przenieść z biblioteki programu do biblioteki urządzenia. Oczywiście do właściwego folderu „dzwonki”, bo jeśli przeniosę do „muzyka” to telefon nie będzie tego widział jako dzwonek. Teraz wystarczy zatwierdzić synchronizację i … chuj. Okazuje się, że najpierw trzeba wybrać w opcjach folderu „dzwonki”, że ma synchronizować również dzwonki, czyli mamy synchronizację wybiórczą jakby w samochodzie trzeba było ustawić w opcjach, ze przy obrocie kołem kierownicy ma skręcać jednocześnie lewe i prawe koło, a nie tylko lewe, które jest bliżej kierownicy. Po zmianach synchronizuję ponownie i dowiaduję się, że mój dzwonek jest za długi, bo przekracza 40 sekund.

       

      Z powrotem zaczynam całą zabawę od ustawienia w zainstalowanym programie początku i końca piosenki, która ma być dzwonkiem. Nauczony doświadczeniem mam już wyszukane wszystkie opcje i wiem gdzie odklikać wymagane opcje. Po ponownej synchronizacji wreszcie mam pożądany dźwięk, w odpowiednim formacie w odpowiednim miejscu. Zajęło mi to ok 90 minut czyli 15 razy dłużej niż w telefonie z przed 4 lat. Oczywiście potem musiałem jeszcze odinstalować na komputerze program, którego do niczego już nie użyję, bo nie korzystam na co dzień z telefonu jako odtwarzacza muzyki.

       

      Pytam się tylko uprzejmie, co ma zrobić Beduin we wschodnim Maroku, który kupi sobie taki gówniany telefon i ma piosenkę na komputerze, ale prąd ma z generatora (spala 4 l ropy na godzinę) a Internet na korbkę i ściągnięcie programu o rozmiarze ponad 200 Mb zajmie mu tydzień, o ile łączność nie zostanie utracona. Dlaczego współczesny telefon nie może jak niegdyś odtwarzać dźwięku w popularnym formacie jako dzwonka i dlaczego ktoś limituje długość tego dzwonka? Czyżby programiści z pokolenia Billa Gatesa już wymarli i wszystko piszą niedouczeni małolaci, których program składa się z samych łatek, więc funkcja dzwonka nie współpracuje z funkcją odtwarzania muzyki mp3?

       

      Aż boję się pomyśleć, co trzeba zrobić, żeby zgrać zdjęcia z telefonu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 października 2016 12:28
    • Światła mijania

       

      Lato się skończyło. Jak zazwyczaj zima zaskakuje drogowców, tak najpierw jesień zaskoczyła kierowców. Zaczął się okres opadów przez 16 godzin na dobę, ale kierowcy nadal jeżdżą na światłach do jazdy dziennej, czyli dopuszczalnych przy dobrej widoczności. Dziś w drodze do pracy spotkałem 3 takich cichociemnych, a zważywszy, że wycieraczki pracowały w trybie ciągłym widoczność była odległa od dobrej, a nawet od takiej sobie. Jeden z cichociemnych nawet mrugał mi z tyłu światłami, żeby zjechać mu z drogi, ale skąd mam wiedzieć, że ktoś jedzie z tyłu jak go nie widać? Kiedy mnie wyprzedził odmrugałem mu światłami, żeby włączył sobie światła, ale proces kojarzenia kończył się widocznie u Niego na znalezienia pedału gazu. W sumie była to Skoda Fabia, co wiele wyjaśnia.

       

      Swoją drogą czy producenci aut nie mogliby posadzić przed komputerem zdolnego nastolatka, który napisze im linijkę kodu. JEŻELI kurwa wycieraczka jest włączona TO włącz światła mijania. Ja rozumiem, że można zapomnieć o włączeniu świateł, bo mi też się to zdarzyło i to nocą, na dobrze oświetlonej ulicy miejskiej po zmroku też wszystko widać. Podczas deszczu też cokolwiek widać, ale im lepiej jesteś widoczny tym bezpieczniejszy, a w dodatku tak nakazują przepisy!

       

      Takie rozwiązanie byłoby też dobre, do ostrzegania kierowców o myciu szyby przez poprzedzający pojazd. Jak włączy spryskiwacz i wycieraczki to zapalają mu się światła i z daleka widać, żeby nie podjeżdżać do samochodu, który zaczął myć szybę nie sprawdzając w lusterku wstecznym czy coś za nim jedzie. Oczywiście najczęściej myją wtedy, kiedy masz czysty samochód i kropelki jego płynu osiadają mgłą na przodzie twojego samochodu wysychając w postaci plam jak na skórze z łuszczycą lub inną dolegliwością dermatologiczną. Są i tacy, którzy pryskają na motocyklistów! Swoją drogą powinien być zapis, że podczas suchej pogody można umyć szybę tylko po upewnieniu się, że nie nic za nami nie jedzie. Za niezastosowanie się powinny być mandaty.

       

      Teraz większość świateł włącza się automatycznie, więc tym łatwiej zapomnieć o włączeniu świateł mijania. Dodatkowo niektórzy producenci zniechęcają do tego kierowców łącząc tryb włączenia świateł z trybem nocnym na wyświetlaczu nawigacji. Jeśli przez czujnik zmroku włączą mi się światła mijania to miło jest jak wyświetlacz od razu przechodzi w tryb, który nie oślepia prowadzącego. Problem jest w tym, że przechodzi w ten stan także po włączeniu ręcznym świateł mijania, np. podczas deszczu w dzień. Wtedy na wyświetlaczu nie widać prawie nic, a przestawienie go ręcznie na tryb dzienny wymaga 10 sekund klikania w menu (zamiast patrzenia na drogę rzecz jasna). Dlaczego automatyczne przełączanie wyświetlacza dzień/noc  nie jest powiązane z czujnikiem zmroku lub dlaczego przy ekranie nie ma pojedynczego przycisku zmieniającego tryb jego pracy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      czwartek, 06 października 2016 10:38
  • wtorek, 06 września 2016
    • Sandomierz

       

      Sandomierz jest świetnym miastem na weekendową wycieczkę. W mieście nie ma zatrzęsienia turystów, ani korków zaczynających się w piątek o 16 i kończących w niedzielę o 20. Nie ma takiej potrzeby, sama droga do Sandomierza, najeżona terenami zabudowanymi, ograniczeniami prędkości i tirami, ciągnie się jak sznurówki za sześciolatkiem i potrafi skutecznie zniechęcić do podróżowania w tamtym kierunku. Jak już dotrzecie na miejsce okaże się, że z 7 samochodów przed waszym hotelem 3 i tak mają rejestracje warszawskie. W restauracjach dominują rozmowy, głównie przez telefon, o planach na czas po powrocie do Warszawy. Jeśli ktoś nie rozmawia przez telefon i aktualnie nie rozmawia z kelnerem to rzadko rozmawia też ze współbiesiadnikami skupiając się na ekranie swojego, a jakże, iPhone’a.

       

      Miasto chlubi się tym, że jest miastem filmowego Ojca Mateusza i oferuje koszulki z Jego postacią, przepisy kulinarne z Jego kuchni, oraz noclegi i posiłki w dworku Jego imienia. My poszliśmy innym tropem i w ramach przewodnika po mieście używaliśmy kryminału „Ziarno prawdy”, którego akcja toczy się w Sandomierzu. Zaczęliśmy od rekonesansu ogólnego, aby się zorientować gdzie są najważniejsze punkty miasta co zajęło nam całe 20 minut. Wyodrębniając z całego miasta dzielnicę przemysłową i zwykłe budynki mieszkalne zostaje atrakcyjne turystycznie Stare Miasto, które mieści się na mniej więcej trzech boiskach piłkarskich ustawionych wzdłuż. Już szukając hotelu można się zdziwić, bo pokazane na bookingu hotele znajdują się na przeciwnych krańcach Starego miasta i zastanawiasz się, gdzie chcesz mieć bliżej w przyszłości. Jeśli nie popełniłeś gafy i nie wybrałeś hotelu za Wisłą blisko masz wszędzie. To też tłumaczy brak korków w mieście, bo jeśli już zaparkujesz auto pod hotelem odpalasz go dopiero w dniu wyjazdu, a do zwiedzania wystarczą ci własne nogi.

       

      Jak w każdym mieście, tak i w Sandomierzu znajduje się wysoka wieża, na którą można wejść. Jak w każdym mieście zwiedzanie najlepiej zacząć od tego punktu i jeśli dopisze nam pogoda mamy całą panoramę miasta jak na dłoni. Wdrapujemy się na Bramę Opatowską, czyli jedyną bramę z czterech jaka ostała się do czasów dzisiejszych. Wysoko nie jest i schody wygodne, a po drodze można obejrzeć zdjęcia z prac nad ekranizacją „Ziarna Prawdy” co zawsze jest ciekawe jeśli nie podążasz śladami Ojca Mateusza. Zdjęć z ekranizacji tego drugiego na wieży nie ma.

       

      Po zejściu z góry warto iść w dół, czyli do największej atrakcji Sandomierza, jaką jest trasa podziemna. W dół schodzi się grupami po ok 30 osób dlatego warto kupić bilety wcześniej i przyjść o wyznaczonej na bilecie godzinie, bo częste grupy zorganizowane potrafią znacząco wydłużyć kolejkę. Trasa liczy ok 500m po różnej głębokości i wielkości salach podziemnych, gdzie jesteśmy tuż pod rynkiem i przez otwór wentylacyjny widać sprzedawane na powierzchni precle, lub jesteśmy 12m po kamienicą, gdzie nie widać najmniejszych oznak świata zewnętrznego i jest przyjemnie chłodno – dla większości kobiet wręcz nieprzyjemnie zimno. Trasa podziemna powstała z połączenia kilkunastu połączonych ze sobą piwnic, albowiem w czasach bogactwa Sandomierza ok XVI w. każdy kupiec sandomierski miał pod domem piwnicę – im zamożniejszy kupiec tym większa piwnica. Miasto leży na dość miękkiej skale lessowej, gdzie dość łatwo drąży się tunele, a w XVI w. słowo geodezja jeszcze nie istniało, więc zdarzało się, że jeden sąsiad wchodził drugiemu do piwnicy i takim systemem przejść można było przejść przez stare miasto nie moknąc na deszczu. Lub przeciągnąć tamtędy po kryjomu zwłoki jak to miało miejsce w omawianym kryminale. W połowie XX w. zaniedbane korytarze i piwnice zaczęły się zapadać, więc wezwano górników, którzy większość piwnic zasypali, a nieliczne wzmocnili i zostawili jako trasę turystyczną. Pewnie autochtoni znają i inne niezasypane fragmenty, ale chowają je przed turystami.

       

      Z podziemi wychodzi się pod Ratuszem, skąd ruszyliśmy nad Wisłę podziwiać z dołu widoki na skarpę wiślaną z malowniczym Starym Miastem. W niedzielę właśnie tak najlepiej zrobić, bowiem kościoły są dostępne dla turystów raczej w godzinach popołudniowych, co sprawdziliśmy w dniu poprzednim. Na dół można zejść „ślimakiem” czyli zakręconymi co chwila schodami znajdującymi się przy Collegium Gostomianum – budynku w którym nieprzerwanie od ponad 400 lat znajduje się szkoła, aktualnie liceum nr 1. Na górze schodów można spotkać wycieczkę, która przyszła tutaj spojrzeć na Wisłę, posłuchać o Collegium i zawrócić. Na dole już jest pusto i z błoni między skarpą a Wisłą bardzo ładnie widać stojące na górze, w znacznej mierze średniowieczne, budynki.

       

      Bo kilkuset metrach zarośnięty chaszczami brzeg Wisły zmienia się w ładny i zadbany miejscowy OSiR. Wybrzeże jest umocnione, zaopatrzone w ławeczki i oświetlone i można tam odpocząć lub poczekać na rejs statkiem po Wiśle. Statek płynie „w tę i z powrotem” i jedyną jego zaletą jest to, że z rzeki jeszcze lepiej widać wybudowane na skarpie miasto. Dla bardziej aktywnych w zakolu Wisły są do wypożyczenia rowery wodne w kształcie łabędzia lub kaczki oraz kajaki … w kształcie kajaku.

       

      Wracając do miasta warto skręcić najpierw w lewo do kościoła Św. Jakuba, gdzie można zobaczyć ładne choć surowe, romańskie wnętrze najstarszego kościoła murowanego z cegły w Polsce i podziwiać przyklasztorną winnicę, niestety bez degustacji.

       

      Schodząc winnicą trafiamy do Zamku Królewskiego. Król tutaj nie panował, ale Kazimierz Wielki ufundował budowę tego zamku jak i połowy ówczesnego miasta. Zamek jako symbol, był palony podczas najazdów Tatarskich i grabiony podczas Potopu Szwedzkiego. W czasach rozbiorów Polski służył jako więzienie, a obecnie został tylko w formie zachodniego skrzydła z muzeum regionalnym jest w środku. Warto wejść do środka, ponieważ wnętrza nie skrywają zrobionej na siłę galerii sztuki, gdzie znajdują się dwa obrazy Moneta, 40 obrazów lokalnych twórców nieznanych poza granicami województwa i 30 obrazów twórczości, przez duże TFU nowoczesnej przedstawiającej biały kwadrat na białym tle. W cenie biletu brakuje działki tego, co bierze TFUrca, więc ja nie potrafię docenić ich kunsztu. Takie galerie powstają niestety w mniej znaczących pałacach i zamkach, gdzie nie ma nic do pokazania, a bilety wstępu trzeba sprzedać. Muzeum w Zamku Królewski w Sandomierzu przedstawia historię zamku i okolic. W pierwszych izbach pokazane jest „jak dawniej bywało” w kuchni, na roli, w rybołówstwie i w warsztacie. Ja osobiście identyczny stary piec z wiejskiej chaty widziałem w starym domu mojej Babci, ale ludzie z miasta, którzy prędzej w życiu zobaczą symbol McDonalds niż żywą krowę  mogą być bardziej zainteresowani. W podziemiach są pamiątki po prowadzonym w zamku więzieniu, wraz z książką inwentaryzacyjną, gdzie można poczytać kiedy ktoś rozpoczął areszt, z jakiego paragrafu i kiedy został stracony. Poza tym zabytkowe meble i wyposażenie pałacowe, a nie wiejskie i kilka obrazów – sztuka żadna, ale nie jest to główną atrakcją.

       

      Ulicą, a jakże, zamkową docieramy do rynku żeby coś zjeść. Ufni słowom prokuratora Szackiego z „Ziarna Prawdy” omijamy Ciżemkę i kierujemy się do 30-stki, gdzie podobno jest najlepsza kasza gryczana na świecie. Reklamowana jest ona także na pierwszej stronie menu i polecana z dowolnym  mięsem marynowanym w ziołach, które są specjalnością zakładu. Mięso jest dobre i kasza ok. ale nie jest nawet wyborna nie wspominając już o najlepszej na świecie. Z obiadu najlepiej wspominam, podobnie jak pan Prokurator, piwo – nie jakieś lokalne warzone na miejscu tylko zwykłe z butelki, a że było gorąco to wchodziło wyśmienicie. Warto też zauważyć, że ceny w mieście są raczej stałe i nie rosną 3 krotnie na Starym Mieście, aby turyści mieli gdzie zostawić swoje ciężko zarobione Euro, ponieważ tych płacących w euro po prostu tam nie ma.

       

      Po obiedzie idziemy do Bazyliki Katedralnej w Sandomierzu, gdzie już skończyły się nabożeństwa . Bryła z XIV w. sponsorowana przez Kazimierza Wielkiego, a wystrój głównie XVIII wieczny. Całość, mimo baroku, ładna choć nie wszystkich zachwyca charakterystyczne dla tej świątyni Martyrologium Romanum, czyli cykl 12 (po jednym na każdy miesiąc) obrazów przedstawiających śmierć męczennika. Na każdym z 12 monumentalnych obrazów (każdy z nich ma powierzchnię miejsca parkingowego zgodnego z warunkami technicznymi jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie) jest kilkadziesiąt postaci, z których  ok 30 jest ponumerowanych (dniami miesiąca) i martwych, torturowanych bądź zabijanych. Upamiętnieni święci nie umierają na szkarłatnym łożu otoczeni przez kochające dzieci i rumiane wnuczęta. W najłagodniejszej wersji są gilotynowani mieczem, bądź nożem, a Ci którzy mieli mniej szczęścia są rozrywani przez maszyny lub zwierzęta, podpalani żywcem lub zjadani przez psy. Całość w typowo polskim ujęciu religii „memento mori” zamiast „Bóg Cię kocha”. Całość była malowana przez ponad 30 lat siłami Karola de Prevot i jego czeladników, co widać w technicznej przeciętności dzieł. Gratis są jeszcze cztery obrazy przedstawiające historię Sandomierza w tym samym tonie, więc wybrano np. rzeź mnichów (ze szczegółami) przez szwedzkich najeźdźców czy mord rytualny chrześcijańskich dzieci przez żydów. W żadnym kościele nie oglądałem tak dokładnie obrazów na ścianach, ale zwłaszcza ten ostatni był kluczowy dla historii śledztwa w „Ziarnie prawdy”. Co ciekawe z powodów protestów żydowskich mord rytualny był przez wiele lat zakryty i dopiero w 2014 r. został na nowo pokazany i opatrzony tabliczką, że jest to rzekomy i legendarny mord, a nie świadectwo historii miasta.

       

      W ramach popołudniowego relaksu warto iść do polecanej przez prokuratora Szackiego „Małej” – sympatycznej kawiarni, niby zbyt różowej i dziecinnej w środku, ale z wyśmienitą kawą. Kiedy już się przeludni warto wieczorem iść do Kordegardy, czyli dawnej wartowni, a dziś kawiarni z dużym tarasem i świetnym widokiem na wydarzenia na rynku. Przy porównaniu do cen warszawskich 15 zł za drinka jest wartością bardziej niż atrakcyjną, zwłaszcza za drinka z żywym kwiatem pływającym w kieliszku. Kiedy po kilku drinkach dopadnie nas głód warto zaznaczyć, że w Sandomierzu są słynne zapiekanki, sprawdziłem na własnym podniebieniu, że dobre

       

      Stara synagoga mieszcząca dziś sandomierski oddział archiwum państwowego w Kielcach z zewnątrz jest dość uboga, choć ma ciekawy dach przywodzący na myśl kulturę azjatycką. Przy jej murach na skarpie można też poszukać miejsca, gdzie znaleziono zwłoki Budnikowej, ale jak wiemy z książki warto wejść do środka i zobaczyć chociażby znaki zodiaku. Próbujemy w poniedziałek niestety pracownik stwierdza, że w trosce o akta nie wpuszczają turystów do środka. Wyjątek robią podczas dni otwartych rak na rok lub dwa lata.

       

      Z wyczytanych uprzednio atrakcji została nam jeszcze eliptyczna klatka schodowa we wspomnianym uprzednio budynku Collegium Gostomianum. Wczoraj było zamknięte, ale we wrześniowy poniedziałek są już lekcje i szkoła jest pełna młodzieży. Akurat trafiamy na przerwę, wiec gubimy się w tłumie uczniów i chodzimy po korytarzach nie tłumacząc się nikomu, że naprawdę przyszliśmy tutaj obejrzeć klatkę schodową, a nie sprzedawać LSD i namawiać do wstąpienia do sekty. Przy pierwszej klatce schodowej stwierdzamy, że nic imponującego tu nie ma. Po przejściu całego korytarza na pierwszym piętrze trafiamy do drugiej klatki która też jest dosyć nijaka. Dopiero po przechyleniu się przez barierkę widać w piwnicznych kondygnacjach nieregularny kształt, który na kondygnacjach nadziemnych przechodzi w zwykły prostokąt. Trudno powiedzieć czy to na dole jest elipsą czy dziełem murarza po wypłacie bez poziomnicy i przestaje nas dziwić, że nie udostępniają wnętrza szkoły turystom.

       

      Niezauważeni opuszczamy budynek szkoły i po łyczku kawy w Małej również Sandomierz.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 września 2016 13:44
  • środa, 27 kwietnia 2016
    • Pendolino

      Pociąg z cichym szelestem wytoczył się z Krakowa Głównego. W drugiej klasie dużo jasnych szarości nie wywołujących na siatkówce patrzącego najmniejszych emocji. Plastiki, wykładzina i nawiewy wentylacji wszystko w tym samym kolorze. Tapicerka dla odmiany bladozielona jak trawa pod koniec września – niby zielona, a jednak spalona letnim słońcem. Miejsca jest dużo i fotele nadzwyczaj wygodne, choć nieco irytują metalowe rozkładane stoliki, które dźwieńczą jak dzwony przy dotyku z innym przedmiotem twardszym niż papierowy kubek na kawę. W klasie pierwszej to samo, tylko siedzenia są 3 w rzędzie, więc można zmieścić tam kogoś w rozmiarze 6 XXL oraz Amerykanów. Żeby miejsce się nie marnowało dodatkowo w pierwszej klasie karmią pasażerów, aby po drodze nie ubyło im ani grama tłuszczyku.

       

      Najważniejsza zaleta Pendolino to czas. Trasę Kraków – Warszawa pokonuje w 2 godziny  15 minut i mogłoby być szybciej gdyby jedynym czynnikiem były możliwości pociągu. Niestety pociągiem kieruje czynnik ludzki, czyli organizacja. Z jakiegoś powodu pociąg ekspresowy zatrzymuje się w głuchej dziurze na 10 minut i czeka aż inny pociąg zwolni mu tor. Skoro pociągi wyjeżdżają w trasę o określonych godzinach to nie można ustawić tego w ten sposób, żeby nie generować niepotrzebnych przestojów.

       

      W porównaniu do ciemnych i zazwyczaj przegrzanych (raz zimą był niedogrzany, bo jakiś bystrzak nie włączył zasilania w wagonie) pociągów jakimi jeździłem w czasach studenckich obecne Intercity jest krokiem milowym. Jest bardzo cicho, szybko i czysto. I jeszcze podają jedzenie w pierwszej klasie, a w drugiej kubek herbaty lub wodę. No i można podłączyć laptopa do zasilania, żeby nie padł podczas robienia wpisu.

       

      Diabeł tkwi w szczegółach. Nieodmiennie wygodne siedzenia z jakiegoś powodu ustawione są przez pół wagonu w jednym kierunku, a przez drugie pół w kierunku odwrotnym, czyli połowa pasażerów siedzi tyłem do kierunku jazdy i nigdy nie wiesz co wylosujesz. Można wybrać siedzenie przy oknie lub w środku, co dla mnie jest bez znaczenia, ale nie można wybrać czy chcesz jechać przodem czy tyłem do kierunku jazdy.

       

      Istotnym mankamentem jest też brak zamykanych jak w samolocie schowków nad głowami. Są fajne półki na większe walizki przy wejściu do pociągu, ale nie każdy z nich korzysta i oczami wyobraźni widzę jak walizki położone na półce nad głową zabijają pasażerów w razie kraksy. Notabene ciekawe czy z tych schowków nie kradną np. między Warszawą Zachodnią, a Centralną nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń.

       

      Największym mankamentem jest jednak wagon restauracyjny Wars. Super, że można coś zjeść po drodze, ale jedzenie jest niezwykle bez smaku. Mam wrażenie, że ziemniaki gotowały się absolutnie bez soli. Jak już dostaniemy jedzenie to niekoniecznie mamy gdzie je zjeść. Kilka, słownie kilka, miejsc siedzących przy stoliku zajętych jest przez ludzi z laptopami, którzy zamawiają jedno espresso na 2 godziny i blokują miejsca. Obsługa oferuje przyniesienie obiadu na miejsce siedzące, co w ogóle powinno być zabronione – naprawdę mam narobić smrodu obiadowego na pół przedziału? Ostatecznie można zjeść przy miejscu stojącym w Warsie, ale gdyby odganiać ze stolików tych, co już zjedli lepiej by to działało i zakaz wchodzenia do Warsa z komputerem. Na kolejną podróż chyba lepiej się zaopatrzyć w dwa precle krakowskie i mieć tylko miłe wspomnienia z podróży.

       

      Aha... w Pendolino Polska nie jest jak ta oszczana klapa, cytując Adama Miauczyńskiego. Klapa od WC opiera się o ścianę i nie opada na użytkownika muszli.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      środa, 27 kwietnia 2016 19:04
  • wtorek, 19 kwietnia 2016
    • Wiedeń

      Autostrada przechodzi w drogę ekspresową, która z kolei skręca w drogę o ograniczeniu prędkości do 80km/h, by dopiero po kilku kilometrach przejść w drogę z limitem 50km/h (oczywiście trzy pasy w każdą stronę i oddzielne jezdnie). Teraz tylko most, kilka uliczek (już teraz wąskich i jednojezdniowych) i znajdujemy się w centrum Wiednia na Petersplatz. Byłem w szoku kiedy stwierdziłem, że od przedmieść Wiednia do jego centrum nawigacja nie wydłużyła godziny dojazdu i wszystko trwało kilkanaście minut bez stania dłużej niż jedną zmianę na światłach. W Europie Wschodniej do miasta 200 tysięcznego wjeżdża się dłużej stojąc na wąskiej drodze biegnącej w terenie zabudowanym już 10km od centrum. Drogi ekspresowej nie można tam zrobić, bo wtedy tablice reklamowe nie miałyby gdzie stać.

       

      Na środku Petersplatz stoi kościół (zgadliście St. Peterskirche) od którego można zacząć zwiedzanie, bo jest naprawdę ładny, mimo że barokowy. W okolicach jest też masa ładnych kamienic, co upodabnia miasto do Zurychu i mnóstwo ludzi w kawiarniach i restauracjach, co odróżnia go od miasta w Szwajcarii. Na chodnikach jest nienachalnie czysto, czyli lepiej niż w Warszawie, ale nie można jeść z ulicy. Większość kamienic jest ładna, odnowiona, z wysokimi kondygnacjami i datą budowy prawdopodobnie z XIX wieku, więc wygląda podobnie jak większość miast z tego okresu, które nie zostały zbombardowane lub osierocone przez władze jak np. Łódź. Zdawałoby się, że to popołudnie nie będzie zbyt ciekawe i w ogromie podobnych kamienic nie znajdę nic, co przyciągnie moje oko na dłużej niż pół minuty, zwłaszcza że Wiedenki co do zasady nie są zbyt urodziwe, ani zbyt szczupłe, dopóki nie wyszedłem zza naprawdę przeciętnej kamienicy i nie zobaczyłem katedry.

      Stanąłem.

      Zakląłem z zachwytu.

      Zakląłem z uznania benedyktyńskiej pracy budowniczych.

      Zbliżyłem się, aby lepiej poznać to cudo.

       

      Cudo nazywa się Stahansdome i stoi, a jakże, na środku Stephansplatz. Budowla jest duża, strzelista i zdobiona bogato jak pierwsza dziesiątka forbesa. Gotyk pierwszej kategorii. Na ścianie ciężko znaleźć więcej niż 1m2 płaszczyzny bez rzeźby, daszka, rowka, półwałka. Do tego różnokolorowe dachówki ułożone są w kształt austriackiego orła, a ażurowa wieżą sprawia wrażenie jakby była utkana z koronki. Tym bardziej rzuca się w oczy dysonans katedry i budynków naprzeciwko głównego wejścia do niej. Na Katedrze brak płaskich, nieozdobionych płaszczyzn ściany, zaś na kamienicach poza oknami nie ma nic przecinającego gładką elewację. Z jakiegoś powodu akurat tutaj miejsce kamienic secesyjnych zajmują  budynki z XX wieku atrakcyjne jak bloki z wielkiej płyty na Tarchominie. Będąc w katedrze warto od razu wejść na wieżę. Po wąskich schodach, na 63m bez windy. Najlepiej zrobić to przy ładnej pogodzie i obejrzeć ładnie rozciągającą się z wieży panoramę Wiednia. Nieszczęśliwie widok ten ogląda się przez 2 maleńkie okienka na każdą stronę, więc czasem trzeba stać w kolejce do okienka, ale balkonu niestety na wieży nie ma.

       

      Rankiem z centrum znikają turyści zastąpieni przez dostawców sklepów i cornetti na hotelowe śniadania. W moim hotelu na śniadanie był też szampan w ramach szwedzkiego stołu, ale zabrakło truskawek.

       

      Przy zwiedzaniu muzeów można sobie odpuścić muzeum designu MAK, gdzie ciekawych rzeczy jest mniej niż na 40 krotnie mniejszej wystawie w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. Chodząc tylko się budzi obsługę śpiącą na krzesłach w koncie. Dużo lepiej jest w galerii Albertina, gdzie obok impresjonistów – przeciętnych, są dzieła Chagalla, Maneta, słabego Picasso i niektóre dobre. Jak na tak małą galerię jest całkiem dobry odsetek dobrych, w moim subiektywnym odczuciu, obrazów i kilka dziwnych. Jeden z nich wygląda jakby, artysta zbajerował modelkę, lub  modela bo płci nie można rozpoznać, wytaczał ją w niebieskiej farbie, a następnie brał od tyłu na białym prześcieradle. Prześcieradło oprawił i dzieło gotowe. Nie lepiej prezentuje się malarstwo rosyjskie, gdzie widać np. rozbite lustro. Bardzo ciekawa jest też „pałacowa” część Albertiny, gdzie widać całą dekorację pokoi i mebli, a najładniejsze są podłogi, czasem niestety przykryte przeciętnymi dywanami. Piękne mozaiki świadczą o kunszcie ówczesnych parkieciarzy i łezka się kreci w oku dlaczego nikt u nich nie terminował i nie przekazali sztuki dalej. Obrazy na ścianach pokazują władców i są poprawne i kompletnie bez polotu, ale nie można się spodziewać po autorze, że namaluje wariację na temat władcy, bo zostanie skrócony o głowę. W jednym z pomieszczeń są natomiast grafiki Rubensa czy Rafaela Santi. To jest klasa sama dla siebie. Za pomocą ołówka stworzone są dzieła, w których postaci mają wszystko przestrzenne, oczy niemal drgają powiekami, a włosy wyglądają tak naturalnie, że nie należy tam wpuszczać fryzjerów z nożyczkami.

       

      Gdzieś w Wiedniu znajduje się wystawa prac Gustava Klimta, ale mnie on nie inspiruje, więc wystarczą mi reprodukcje jego dzieł w sklepach z pamiątkami.

       

      Najładniejszy kościół renesansowy w mieście to Karlskirche z pięknymi kolumnami wzorowanymi na kolumnach Trajana przed wejściem. W środku jest ładnie i dodatkową atrakcją, która zniknie jest rusztowanie do konserwacji malowideł na kopule. Na spodzie kopuły jest podest roboczy, na który … wpuszczają turystów, i do tego windą. Stamtąd można wyjść, już po schodach rusztowaniowych na szczyt kopuły i podziwiać panoramę Wiednia i malowidła, albo rusztowanie, które też jest nietypową i widowiskową konstrukcją inżynierską, choć w moim odczuciu przy oparciu cięgien trochę zbyt wiotka.

       

      Naprzeciwko Karlskirche znajduje się Musikverein – jedna z najbardziej znanych, chociażby z koncertu noworocznego, scen koncertowych na świecie. Jeśli nie udało się dostać biletów na koncert warto chociażby udać się na zwiedzanie w sobotę o 13:00 i posłuchać historii budynku i zobaczyć wszystkie sale koncertowe na raz, w tym te podziemne.

      Budownictwo podziemne jest bardzo popularne w tym mieście. Prawie każdy plac w centrum ma parking podziemny, dzięki czemu w ścisłym centrum parkujące samochody nie szpecą ulic i nie utrudniają komunikacji. Na cały dzień auto najlepiej zostawić na parkingu P+R przy stacjach metra, gdzie płaci się 3,40 euro za dobę, czyli tyle co w centrum za godzinę. Faktem pozostaje, że samochodów w centrum nie widać i jest to wzór do naśladowania zwłaszcza, że metro działa znakomicie i nie ma w nim tłumów, co powoduje że czasem parkingi P+R są pełne. W samych pociągach natomiast tłumu nie ma, bo po pierwsze linii jest kilka, a po drugie Wiedeń ma stałą, niezmienną strukturę społeczną obejmująca ludzi pracujących, dzieci i starców, a ci ostatni rzadziej jeżdżą komunikacją miejską. W Warszawie dla przykładu przez ostatnie 20 lat znacząco wzrosła liczba ludzi pracujących, którzy stoją w korkach lub w metrze, bo jadą do pracy, a jest to zdecydowanie najliczniejsza grupa społeczna.

       

      Niedaleko Karlskirche znajduje się targ rybny, na którym są podobno świeże ryby (z wyglądu i smaku są świeże) i mnóstwo restauracji, które te ryby serwują. O jakości świadczy liczba biesiadników – turystów, pracowników którzy wyszli na lunch i wiedeńczyków, którzy nie pracują lub maja luźne godziny pracy i mogą spokojnie wypić wino do obiadu. Na innych targach w Wiedniu można kupić takie specjały jak np. lokalne wino produkowane na jakiejś podwiedeńskiej wsi – 2 euro za 1 litr, ale w smaku świetne. Podobno nawet ludzie prowadzący niegdyś sklep z alkoholami uznali wino za świetne dopóki nie usłyszeli ile kosztuje. Jedzenie w restauracjach jest dobre lub pyszne i nie rujnuje portfela, jeśli nie zależy Ci na obiedzie z widokiem na katedrę lub jubilera przy deptaku Graben.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 kwietnia 2016 23:22
    • Czym różni się metro?

      Wyraz „Metro” jak donosi Wikipedia powstał od francuskiego chemin de fer métropolitain, co się tłumaczy jako metropolitarna droga żelazna. Znaczenie tego słowa nie jest niestety znane w kraju nad Wisłą, gdzie metro uparcie kojarzy się z pociągiem jeżdżącym pod ziemią. Nic bardziej mylnego – chodzi o pociąg, który jeździ bezkolizyjnie w stosunku do innych pociągów, środków komunikacji, pieszych i jeździ na tyle często, że jest w stanie przewozić ogromne ilości pasażerów.

       

      W krajach, gdzie liczy się dobro obywatela, czyli między innymi rozsądne wydawanie środków z jego podatków nikt nie pcha się z pociągiem pod ziemię, gdzie buduje się najdrożej, najtrudniej i najdłużej. Niedawno byłem w Wiedniu, gdzie metro jeździ pod ziemią tam, gdzie musi. W ścisłym centrum na ogół nie mamy miejsca na powierzchni dlatego linie metra znajdują się, często głęboko, pod powierzchnią ziemi. Co innego na obrzeżach. Na nowo budowanych obrzeżach schowanie metra pod ziemię nie jest najgorszym rozwiązaniem, gdyż można zrobić po prostu wykop, wybetonować tunele i perony i zasypać z powrotem. Znacznie ułatwia to prace w stosunku do drążenia i później nie przeszkadza w krajobrazie. Równie dobre jednak jest poprowadzenie pociągu górą – zwłaszcza w dzielnicy biurowej można poprowadzić w poziomie terenu drogę, nad drogą metro w estakadzie i powyżej chodniki dla pieszych. Ludzie małej wiary stwierdzą, że wtedy pociąg będzie jechał na poziomie drugiego piętra, a ludzie będą chodzili na poziomie czwartego. Matematycznie będą mieli rację, natomiast kto powiedział, że mają być to kondygnacje do pracy. Pod każdym biurem są przecież garaże, więc można je zrobić od poziomu 0 (będzie się wjeżdżać prosto z ulicy, a nie od razu w dół) do +4, a od +5, od poziomu chodnika zrobić pomieszczenia do pracy . Jednocześnie zaoszczędzimy na mozolnym kopaniu 15m w dół. Niestety teren pod estakadą metra się marnuje? Nic z tych rzeczy. Jak wspomniałem jedziemy przez dzielnicę biurową, a co jest deficytem w takim miejscu? Kompetentni menadżerowie i …. miejsca do parkowania.

       

      Dlaczego w Warszawie nie ma metra do Mordoru? Zapewne dlatego, że ludzie decyzyjni chcieliby je puścić pod ziemią, a po co budować tak drogą inwestycję jeśli w sobotę i niedzielę byłaby pusta? Największą tajemnicą Mordoru jest to, że … metro fizycznie już tam jest. Od wschodu dzielnicy biurowej jest kolej łącząca Piaseczno z centrum Warszawy. Gdyby pociągi puścić tędy co 6 minut, zamiast 2 na godzinę i zagęścić perony byłaby gotowa linia metra i to aż do Piaseczna. Identyczna sytuacja jest od Sulejówka do Pruszkowa, gdzie gotowa jest linia kolejowa biegnąca przez środek Warszawy. Wystarczy zwiększyć liczbę pociągów, zamalować grafitti na dworcach i zesłać na Syberię koczujący tam element społeczny i mamy gotową linię metra przez całe miasto kosztem 40 krotnie mniejszym niż kolej podziemna.

       

      Dlaczego w Warszawie metro jeździ tunelem pod Wisłą też nie wiem? Pewnie chodziło o to, żeby nie było zbyt tanio. Pociąg by się przecież nie obraził gdyby pojechał mostem, a nie tunelem, a i mostów w tej okolicy nie tylu co w Wenecji, gdzie buduje się już skrzyżowania na moście!

       

      Metro w krajach cywilizowanych różni się też biletami i nie chodzi mi o ich szatę graficzną, rodzaj papieru czy cenę. Chodzi mi o to, że w normalnym kraju przed wejściem na peron są słupki z zamontowanymi kasownikami, które nie utrudniają wejścia na peron. Po co w Warszawie są do tego bramki nie mogę odgadnąć. Chyba tylko po to, żeby na bilecie czasowym też trzeba było za każdym razem zbliżać bilet do czytnika i stać w kolejce do wejścia. A spróbujcie wejść przez taką bramkę z walizką na kółkach – zabiera to średnio 86 razy więcej czasu niż minięcie na chodniku linii rozgraniczającej strefę biletową od nie biletowej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 kwietnia 2016 23:20
  • środa, 16 marca 2016
    • Czy onanista to świadomy użytkownik?

       

      Współczesne produkty oferują bogactwo wyboru funkcji i możliwości. Przykładowo aparat fotograficzny poza obiektywem i guzikiem spustu migawki ma możliwości automatycznego doboru parametrów lub ich manualny wybór. Na tym lista opcji się nie kończy. Mój służbowy aparat potrafi zrobić trzy zdjęcia na raz z różnym doświetleniem, co podobno potem można skompilować do jednego zdjęcia z najzejebistszym doświetleniem w Układzie Słonecznym. Pytanie tylko po co mi to? Czy nie mogę sobie zrobić trzech zwykłych zdjęć i wybrać najlepszego, nie marnuję przecież kliszy?

       

      Dyskutując o możliwościach tego aparatu stwierdziłem po prostu, że jest to urządzenie dla onanistów technologicznych, którym staje na widok cyferki oznaczającej liczbę dostępnych opcji. Podobnie jak w nowych samochodach, gdzie pokrętłem lub przyciskiem można wybrać 6 trybów pracy silnika i zawieszenia. Jak dla mnie taki wybór jest potrzebny … w samochodzie salonowym, gdzie podczas jazdy próbnej można przetestować wszystkie ustawienia i wybrać ulubione. Ewentualnie mogą być dwa tryby: Sport i Komfort. W samochodzie za ponad 100 tys złotych nikt nie wybierze przecież trybu „Eco”. Samochód spali mu wtedy 6 litrów zamiast 7 na 100km, ale osiągi spadną do poziomu Fiata 126P. Z punktu producenta samochodu jest to jednak świetny interes. Montujemy gadżet, którego po pierwszych dwóch tygodniach posiadania samochodu nikt nie użyje, i podnosimy cenę o kilkadziesiąt tysięcy. Po co klientowi te opcje? Po nic, ale ma wybór.

       

      Wracając do aparatu inni użytkownicy stwierdzili, że jest to urządzenie dla świadomych użytkowników, a nie dla onanistów. Pytam więc ile razy obrońca funkcji skorzystał z histogramu, który aparat pokazuje przed zrobieniem zdjęcia. Dowiedziałem się, że ani razu i pewnie tak jest w większości aparatów sprzedawanych z tą funkcją, bo jeśli nie fotografujesz nietoperza śpiącego w jaskini i podczas robienia zdjęcia nie chcesz go obudzić to histogram jest ci potrzebny jak kozie smoking. Po co zatem w aparacie służbowym takie funkcje, które pewnie podwajają cenę sprzętu. Osobiście wolałbym dwa aparaty bez bardzo zaawansowanych funkcji.

       

      Osobiście używam aparatu Nokia, który ma jednocześnie funkcję dzwonienia i pisania smsów. Nie ma co prawda nawet prostych funkcji manualnych i zdjęcia robione w słabym świetle nie wychodzą nigdy, ale na co dzień wystarcza. Ma za to jedną niepodważalną zaletę – mieści się w kieszeni i zapomnisz go zabrać nawet jak idziesz na spacer. Nie miałbym cierpliwości ani ochoty zabierać na spacer dużego i ciężkiego aparatu (porównując do telefonu komórkowego aparat z jakimikolwiek funkcjami manualnymi jest przynajmniej 6 krotnie cięższy) tylko po to żeby zrobić nim zdjęcie psa, którego nie posiadam, bawiącego się w kolorowych jesiennych liściach w parku. Tego samego psa sfotografuję komórką i do formatu 15x18 mogę nawet wydrukować takie zdjęcie w przyzwoitej jakości, a na Facebooka to i tak będzie za dobre.

       

      Oczywiście są „świadomi użytkownicy”, którzy na spacer chodzą z aparatem, ale chyba bardziej chodzi o zabawę funkcjami niż realną korzyść z posiadanych funkcji. Można wtedy zrobić serię zdjęć jednej fontanny z różnym czasem naświetlania i uzyskać efekt od pojedynczej kropli zatrzymanej w czasie do wodospadu Niagara, którego bryzę czuć podczas oglądania odbitki. Można też się pochwalić kumplowi, sąsiadce, drugiemu onaniście ile aparat ma funkcji, pod warunkiem, że wcześniej opanuje się nazwy wszystkich funkcji, bo na naukę ich zastosowania może zabraknąć ochoty. Przełączanie funkcji kojarzy mi się jednoznacznie z zabawą, a od zabawy bliżej jest do onanisty niż do świadomego użytkownika.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      środa, 16 marca 2016 15:12