Odświeżająco normalny

Życie codzienne, irytacje, zachwyty, obserwacje i mity

Wpisy

  • wtorek, 06 września 2016
    • Sandomierz

       

      Sandomierz jest świetnym miastem na weekendową wycieczkę. W mieście nie ma zatrzęsienia turystów, ani korków zaczynających się w piątek o 16 i kończących w niedzielę o 20. Nie ma takiej potrzeby, sama droga do Sandomierza, najeżona terenami zabudowanymi, ograniczeniami prędkości i tirami, ciągnie się jak sznurówki za sześciolatkiem i potrafi skutecznie zniechęcić do podróżowania w tamtym kierunku. Jak już dotrzecie na miejsce okaże się, że z 7 samochodów przed waszym hotelem 3 i tak mają rejestracje warszawskie. W restauracjach dominują rozmowy, głównie przez telefon, o planach na czas po powrocie do Warszawy. Jeśli ktoś nie rozmawia przez telefon i aktualnie nie rozmawia z kelnerem to rzadko rozmawia też ze współbiesiadnikami skupiając się na ekranie swojego, a jakże, iPhone’a.

       

      Miasto chlubi się tym, że jest miastem filmowego Ojca Mateusza i oferuje koszulki z Jego postacią, przepisy kulinarne z Jego kuchni, oraz noclegi i posiłki w dworku Jego imienia. My poszliśmy innym tropem i w ramach przewodnika po mieście używaliśmy kryminału „Ziarno prawdy”, którego akcja toczy się w Sandomierzu. Zaczęliśmy od rekonesansu ogólnego, aby się zorientować gdzie są najważniejsze punkty miasta co zajęło nam całe 20 minut. Wyodrębniając z całego miasta dzielnicę przemysłową i zwykłe budynki mieszkalne zostaje atrakcyjne turystycznie Stare Miasto, które mieści się na mniej więcej trzech boiskach piłkarskich ustawionych wzdłuż. Już szukając hotelu można się zdziwić, bo pokazane na bookingu hotele znajdują się na przeciwnych krańcach Starego miasta i zastanawiasz się, gdzie chcesz mieć bliżej w przyszłości. Jeśli nie popełniłeś gafy i nie wybrałeś hotelu za Wisłą blisko masz wszędzie. To też tłumaczy brak korków w mieście, bo jeśli już zaparkujesz auto pod hotelem odpalasz go dopiero w dniu wyjazdu, a do zwiedzania wystarczą ci własne nogi.

       

      Jak w każdym mieście, tak i w Sandomierzu znajduje się wysoka wieża, na którą można wejść. Jak w każdym mieście zwiedzanie najlepiej zacząć od tego punktu i jeśli dopisze nam pogoda mamy całą panoramę miasta jak na dłoni. Wdrapujemy się na Bramę Opatowską, czyli jedyną bramę z czterech jaka ostała się do czasów dzisiejszych. Wysoko nie jest i schody wygodne, a po drodze można obejrzeć zdjęcia z prac nad ekranizacją „Ziarna Prawdy” co zawsze jest ciekawe jeśli nie podążasz śladami Ojca Mateusza. Zdjęć z ekranizacji tego drugiego na wieży nie ma.

       

      Po zejściu z góry warto iść w dół, czyli do największej atrakcji Sandomierza, jaką jest trasa podziemna. W dół schodzi się grupami po ok 30 osób dlatego warto kupić bilety wcześniej i przyjść o wyznaczonej na bilecie godzinie, bo częste grupy zorganizowane potrafią znacząco wydłużyć kolejkę. Trasa liczy ok 500m po różnej głębokości i wielkości salach podziemnych, gdzie jesteśmy tuż pod rynkiem i przez otwór wentylacyjny widać sprzedawane na powierzchni precle, lub jesteśmy 12m po kamienicą, gdzie nie widać najmniejszych oznak świata zewnętrznego i jest przyjemnie chłodno – dla większości kobiet wręcz nieprzyjemnie zimno. Trasa podziemna powstała z połączenia kilkunastu połączonych ze sobą piwnic, albowiem w czasach bogactwa Sandomierza ok XVI w. każdy kupiec sandomierski miał pod domem piwnicę – im zamożniejszy kupiec tym większa piwnica. Miasto leży na dość miękkiej skale lessowej, gdzie dość łatwo drąży się tunele, a w XVI w. słowo geodezja jeszcze nie istniało, więc zdarzało się, że jeden sąsiad wchodził drugiemu do piwnicy i takim systemem przejść można było przejść przez stare miasto nie moknąc na deszczu. Lub przeciągnąć tamtędy po kryjomu zwłoki jak to miało miejsce w omawianym kryminale. W połowie XX w. zaniedbane korytarze i piwnice zaczęły się zapadać, więc wezwano górników, którzy większość piwnic zasypali, a nieliczne wzmocnili i zostawili jako trasę turystyczną. Pewnie autochtoni znają i inne niezasypane fragmenty, ale chowają je przed turystami.

       

      Z podziemi wychodzi się pod Ratuszem, skąd ruszyliśmy nad Wisłę podziwiać z dołu widoki na skarpę wiślaną z malowniczym Starym Miastem. W niedzielę właśnie tak najlepiej zrobić, bowiem kościoły są dostępne dla turystów raczej w godzinach popołudniowych, co sprawdziliśmy w dniu poprzednim. Na dół można zejść „ślimakiem” czyli zakręconymi co chwila schodami znajdującymi się przy Collegium Gostomianum – budynku w którym nieprzerwanie od ponad 400 lat znajduje się szkoła, aktualnie liceum nr 1. Na górze schodów można spotkać wycieczkę, która przyszła tutaj spojrzeć na Wisłę, posłuchać o Collegium i zawrócić. Na dole już jest pusto i z błoni między skarpą a Wisłą bardzo ładnie widać stojące na górze, w znacznej mierze średniowieczne, budynki.

       

      Bo kilkuset metrach zarośnięty chaszczami brzeg Wisły zmienia się w ładny i zadbany miejscowy OSiR. Wybrzeże jest umocnione, zaopatrzone w ławeczki i oświetlone i można tam odpocząć lub poczekać na rejs statkiem po Wiśle. Statek płynie „w tę i z powrotem” i jedyną jego zaletą jest to, że z rzeki jeszcze lepiej widać wybudowane na skarpie miasto. Dla bardziej aktywnych w zakolu Wisły są do wypożyczenia rowery wodne w kształcie łabędzia lub kaczki oraz kajaki … w kształcie kajaku.

       

      Wracając do miasta warto skręcić najpierw w lewo do kościoła Św. Jakuba, gdzie można zobaczyć ładne choć surowe, romańskie wnętrze najstarszego kościoła murowanego z cegły w Polsce i podziwiać przyklasztorną winnicę, niestety bez degustacji.

       

      Schodząc winnicą trafiamy do Zamku Królewskiego. Król tutaj nie panował, ale Kazimierz Wielki ufundował budowę tego zamku jak i połowy ówczesnego miasta. Zamek jako symbol, był palony podczas najazdów Tatarskich i grabiony podczas Potopu Szwedzkiego. W czasach rozbiorów Polski służył jako więzienie, a obecnie został tylko w formie zachodniego skrzydła z muzeum regionalnym jest w środku. Warto wejść do środka, ponieważ wnętrza nie skrywają zrobionej na siłę galerii sztuki, gdzie znajdują się dwa obrazy Moneta, 40 obrazów lokalnych twórców nieznanych poza granicami województwa i 30 obrazów twórczości, przez duże TFU nowoczesnej przedstawiającej biały kwadrat na białym tle. W cenie biletu brakuje działki tego, co bierze TFUrca, więc ja nie potrafię docenić ich kunsztu. Takie galerie powstają niestety w mniej znaczących pałacach i zamkach, gdzie nie ma nic do pokazania, a bilety wstępu trzeba sprzedać. Muzeum w Zamku Królewski w Sandomierzu przedstawia historię zamku i okolic. W pierwszych izbach pokazane jest „jak dawniej bywało” w kuchni, na roli, w rybołówstwie i w warsztacie. Ja osobiście identyczny stary piec z wiejskiej chaty widziałem w starym domu mojej Babci, ale ludzie z miasta, którzy prędzej w życiu zobaczą symbol McDonalds niż żywą krowę  mogą być bardziej zainteresowani. W podziemiach są pamiątki po prowadzonym w zamku więzieniu, wraz z książką inwentaryzacyjną, gdzie można poczytać kiedy ktoś rozpoczął areszt, z jakiego paragrafu i kiedy został stracony. Poza tym zabytkowe meble i wyposażenie pałacowe, a nie wiejskie i kilka obrazów – sztuka żadna, ale nie jest to główną atrakcją.

       

      Ulicą, a jakże, zamkową docieramy do rynku żeby coś zjeść. Ufni słowom prokuratora Szackiego z „Ziarna Prawdy” omijamy Ciżemkę i kierujemy się do 30-stki, gdzie podobno jest najlepsza kasza gryczana na świecie. Reklamowana jest ona także na pierwszej stronie menu i polecana z dowolnym  mięsem marynowanym w ziołach, które są specjalnością zakładu. Mięso jest dobre i kasza ok. ale nie jest nawet wyborna nie wspominając już o najlepszej na świecie. Z obiadu najlepiej wspominam, podobnie jak pan Prokurator, piwo – nie jakieś lokalne warzone na miejscu tylko zwykłe z butelki, a że było gorąco to wchodziło wyśmienicie. Warto też zauważyć, że ceny w mieście są raczej stałe i nie rosną 3 krotnie na Starym Mieście, aby turyści mieli gdzie zostawić swoje ciężko zarobione Euro, ponieważ tych płacących w euro po prostu tam nie ma.

       

      Po obiedzie idziemy do Bazyliki Katedralnej w Sandomierzu, gdzie już skończyły się nabożeństwa . Bryła z XIV w. sponsorowana przez Kazimierza Wielkiego, a wystrój głównie XVIII wieczny. Całość, mimo baroku, ładna choć nie wszystkich zachwyca charakterystyczne dla tej świątyni Martyrologium Romanum, czyli cykl 12 (po jednym na każdy miesiąc) obrazów przedstawiających śmierć męczennika. Na każdym z 12 monumentalnych obrazów (każdy z nich ma powierzchnię miejsca parkingowego zgodnego z warunkami technicznymi jakim powinny odpowiadać budynki i ich usytuowanie) jest kilkadziesiąt postaci, z których  ok 30 jest ponumerowanych (dniami miesiąca) i martwych, torturowanych bądź zabijanych. Upamiętnieni święci nie umierają na szkarłatnym łożu otoczeni przez kochające dzieci i rumiane wnuczęta. W najłagodniejszej wersji są gilotynowani mieczem, bądź nożem, a Ci którzy mieli mniej szczęścia są rozrywani przez maszyny lub zwierzęta, podpalani żywcem lub zjadani przez psy. Całość w typowo polskim ujęciu religii „memento mori” zamiast „Bóg Cię kocha”. Całość była malowana przez ponad 30 lat siłami Karola de Prevot i jego czeladników, co widać w technicznej przeciętności dzieł. Gratis są jeszcze cztery obrazy przedstawiające historię Sandomierza w tym samym tonie, więc wybrano np. rzeź mnichów (ze szczegółami) przez szwedzkich najeźdźców czy mord rytualny chrześcijańskich dzieci przez żydów. W żadnym kościele nie oglądałem tak dokładnie obrazów na ścianach, ale zwłaszcza ten ostatni był kluczowy dla historii śledztwa w „Ziarnie prawdy”. Co ciekawe z powodów protestów żydowskich mord rytualny był przez wiele lat zakryty i dopiero w 2014 r. został na nowo pokazany i opatrzony tabliczką, że jest to rzekomy i legendarny mord, a nie świadectwo historii miasta.

       

      W ramach popołudniowego relaksu warto iść do polecanej przez prokuratora Szackiego „Małej” – sympatycznej kawiarni, niby zbyt różowej i dziecinnej w środku, ale z wyśmienitą kawą. Kiedy już się przeludni warto wieczorem iść do Kordegardy, czyli dawnej wartowni, a dziś kawiarni z dużym tarasem i świetnym widokiem na wydarzenia na rynku. Przy porównaniu do cen warszawskich 15 zł za drinka jest wartością bardziej niż atrakcyjną, zwłaszcza za drinka z żywym kwiatem pływającym w kieliszku. Kiedy po kilku drinkach dopadnie nas głód warto zaznaczyć, że w Sandomierzu są słynne zapiekanki, sprawdziłem na własnym podniebieniu, że dobre

       

      Stara synagoga mieszcząca dziś sandomierski oddział archiwum państwowego w Kielcach z zewnątrz jest dość uboga, choć ma ciekawy dach przywodzący na myśl kulturę azjatycką. Przy jej murach na skarpie można też poszukać miejsca, gdzie znaleziono zwłoki Budnikowej, ale jak wiemy z książki warto wejść do środka i zobaczyć chociażby znaki zodiaku. Próbujemy w poniedziałek niestety pracownik stwierdza, że w trosce o akta nie wpuszczają turystów do środka. Wyjątek robią podczas dni otwartych rak na rok lub dwa lata.

       

      Z wyczytanych uprzednio atrakcji została nam jeszcze eliptyczna klatka schodowa we wspomnianym uprzednio budynku Collegium Gostomianum. Wczoraj było zamknięte, ale we wrześniowy poniedziałek są już lekcje i szkoła jest pełna młodzieży. Akurat trafiamy na przerwę, wiec gubimy się w tłumie uczniów i chodzimy po korytarzach nie tłumacząc się nikomu, że naprawdę przyszliśmy tutaj obejrzeć klatkę schodową, a nie sprzedawać LSD i namawiać do wstąpienia do sekty. Przy pierwszej klatce schodowej stwierdzamy, że nic imponującego tu nie ma. Po przejściu całego korytarza na pierwszym piętrze trafiamy do drugiej klatki która też jest dosyć nijaka. Dopiero po przechyleniu się przez barierkę widać w piwnicznych kondygnacjach nieregularny kształt, który na kondygnacjach nadziemnych przechodzi w zwykły prostokąt. Trudno powiedzieć czy to na dole jest elipsą czy dziełem murarza po wypłacie bez poziomnicy i przestaje nas dziwić, że nie udostępniają wnętrza szkoły turystom.

       

      Niezauważeni opuszczamy budynek szkoły i po łyczku kawy w Małej również Sandomierz.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 września 2016 13:44
  • środa, 27 kwietnia 2016
    • Pendolino

      Pociąg z cichym szelestem wytoczył się z Krakowa Głównego. W drugiej klasie dużo jasnych szarości nie wywołujących na siatkówce patrzącego najmniejszych emocji. Plastiki, wykładzina i nawiewy wentylacji wszystko w tym samym kolorze. Tapicerka dla odmiany bladozielona jak trawa pod koniec września – niby zielona, a jednak spalona letnim słońcem. Miejsca jest dużo i fotele nadzwyczaj wygodne, choć nieco irytują metalowe rozkładane stoliki, które dźwieńczą jak dzwony przy dotyku z innym przedmiotem twardszym niż papierowy kubek na kawę. W klasie pierwszej to samo, tylko siedzenia są 3 w rzędzie, więc można zmieścić tam kogoś w rozmiarze 6 XXL oraz Amerykanów. Żeby miejsce się nie marnowało dodatkowo w pierwszej klasie karmią pasażerów, aby po drodze nie ubyło im ani grama tłuszczyku.

       

      Najważniejsza zaleta Pendolino to czas. Trasę Kraków – Warszawa pokonuje w 2 godziny  15 minut i mogłoby być szybciej gdyby jedynym czynnikiem były możliwości pociągu. Niestety pociągiem kieruje czynnik ludzki, czyli organizacja. Z jakiegoś powodu pociąg ekspresowy zatrzymuje się w głuchej dziurze na 10 minut i czeka aż inny pociąg zwolni mu tor. Skoro pociągi wyjeżdżają w trasę o określonych godzinach to nie można ustawić tego w ten sposób, żeby nie generować niepotrzebnych przestojów.

       

      W porównaniu do ciemnych i zazwyczaj przegrzanych (raz zimą był niedogrzany, bo jakiś bystrzak nie włączył zasilania w wagonie) pociągów jakimi jeździłem w czasach studenckich obecne Intercity jest krokiem milowym. Jest bardzo cicho, szybko i czysto. I jeszcze podają jedzenie w pierwszej klasie, a w drugiej kubek herbaty lub wodę. No i można podłączyć laptopa do zasilania, żeby nie padł podczas robienia wpisu.

       

      Diabeł tkwi w szczegółach. Nieodmiennie wygodne siedzenia z jakiegoś powodu ustawione są przez pół wagonu w jednym kierunku, a przez drugie pół w kierunku odwrotnym, czyli połowa pasażerów siedzi tyłem do kierunku jazdy i nigdy nie wiesz co wylosujesz. Można wybrać siedzenie przy oknie lub w środku, co dla mnie jest bez znaczenia, ale nie można wybrać czy chcesz jechać przodem czy tyłem do kierunku jazdy.

       

      Istotnym mankamentem jest też brak zamykanych jak w samolocie schowków nad głowami. Są fajne półki na większe walizki przy wejściu do pociągu, ale nie każdy z nich korzysta i oczami wyobraźni widzę jak walizki położone na półce nad głową zabijają pasażerów w razie kraksy. Notabene ciekawe czy z tych schowków nie kradną np. między Warszawą Zachodnią, a Centralną nie wzbudzając najmniejszych podejrzeń.

       

      Największym mankamentem jest jednak wagon restauracyjny Wars. Super, że można coś zjeść po drodze, ale jedzenie jest niezwykle bez smaku. Mam wrażenie, że ziemniaki gotowały się absolutnie bez soli. Jak już dostaniemy jedzenie to niekoniecznie mamy gdzie je zjeść. Kilka, słownie kilka, miejsc siedzących przy stoliku zajętych jest przez ludzi z laptopami, którzy zamawiają jedno espresso na 2 godziny i blokują miejsca. Obsługa oferuje przyniesienie obiadu na miejsce siedzące, co w ogóle powinno być zabronione – naprawdę mam narobić smrodu obiadowego na pół przedziału? Ostatecznie można zjeść przy miejscu stojącym w Warsie, ale gdyby odganiać ze stolików tych, co już zjedli lepiej by to działało i zakaz wchodzenia do Warsa z komputerem. Na kolejną podróż chyba lepiej się zaopatrzyć w dwa precle krakowskie i mieć tylko miłe wspomnienia z podróży.

       

      Aha... w Pendolino Polska nie jest jak ta oszczana klapa, cytując Adama Miauczyńskiego. Klapa od WC opiera się o ścianę i nie opada na użytkownika muszli.

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      środa, 27 kwietnia 2016 19:04
  • wtorek, 19 kwietnia 2016
    • Wiedeń

      Autostrada przechodzi w drogę ekspresową, która z kolei skręca w drogę o ograniczeniu prędkości do 80km/h, by dopiero po kilku kilometrach przejść w drogę z limitem 50km/h (oczywiście trzy pasy w każdą stronę i oddzielne jezdnie). Teraz tylko most, kilka uliczek (już teraz wąskich i jednojezdniowych) i znajdujemy się w centrum Wiednia na Petersplatz. Byłem w szoku kiedy stwierdziłem, że od przedmieść Wiednia do jego centrum nawigacja nie wydłużyła godziny dojazdu i wszystko trwało kilkanaście minut bez stania dłużej niż jedną zmianę na światłach. W Europie Wschodniej do miasta 200 tysięcznego wjeżdża się dłużej stojąc na wąskiej drodze biegnącej w terenie zabudowanym już 10km od centrum. Drogi ekspresowej nie można tam zrobić, bo wtedy tablice reklamowe nie miałyby gdzie stać.

       

      Na środku Petersplatz stoi kościół (zgadliście St. Peterskirche) od którego można zacząć zwiedzanie, bo jest naprawdę ładny, mimo że barokowy. W okolicach jest też masa ładnych kamienic, co upodabnia miasto do Zurychu i mnóstwo ludzi w kawiarniach i restauracjach, co odróżnia go od miasta w Szwajcarii. Na chodnikach jest nienachalnie czysto, czyli lepiej niż w Warszawie, ale nie można jeść z ulicy. Większość kamienic jest ładna, odnowiona, z wysokimi kondygnacjami i datą budowy prawdopodobnie z XIX wieku, więc wygląda podobnie jak większość miast z tego okresu, które nie zostały zbombardowane lub osierocone przez władze jak np. Łódź. Zdawałoby się, że to popołudnie nie będzie zbyt ciekawe i w ogromie podobnych kamienic nie znajdę nic, co przyciągnie moje oko na dłużej niż pół minuty, zwłaszcza że Wiedenki co do zasady nie są zbyt urodziwe, ani zbyt szczupłe, dopóki nie wyszedłem zza naprawdę przeciętnej kamienicy i nie zobaczyłem katedry.

      Stanąłem.

      Zakląłem z zachwytu.

      Zakląłem z uznania benedyktyńskiej pracy budowniczych.

      Zbliżyłem się, aby lepiej poznać to cudo.

       

      Cudo nazywa się Stahansdome i stoi, a jakże, na środku Stephansplatz. Budowla jest duża, strzelista i zdobiona bogato jak pierwsza dziesiątka forbesa. Gotyk pierwszej kategorii. Na ścianie ciężko znaleźć więcej niż 1m2 płaszczyzny bez rzeźby, daszka, rowka, półwałka. Do tego różnokolorowe dachówki ułożone są w kształt austriackiego orła, a ażurowa wieżą sprawia wrażenie jakby była utkana z koronki. Tym bardziej rzuca się w oczy dysonans katedry i budynków naprzeciwko głównego wejścia do niej. Na Katedrze brak płaskich, nieozdobionych płaszczyzn ściany, zaś na kamienicach poza oknami nie ma nic przecinającego gładką elewację. Z jakiegoś powodu akurat tutaj miejsce kamienic secesyjnych zajmują  budynki z XX wieku atrakcyjne jak bloki z wielkiej płyty na Tarchominie. Będąc w katedrze warto od razu wejść na wieżę. Po wąskich schodach, na 63m bez windy. Najlepiej zrobić to przy ładnej pogodzie i obejrzeć ładnie rozciągającą się z wieży panoramę Wiednia. Nieszczęśliwie widok ten ogląda się przez 2 maleńkie okienka na każdą stronę, więc czasem trzeba stać w kolejce do okienka, ale balkonu niestety na wieży nie ma.

       

      Rankiem z centrum znikają turyści zastąpieni przez dostawców sklepów i cornetti na hotelowe śniadania. W moim hotelu na śniadanie był też szampan w ramach szwedzkiego stołu, ale zabrakło truskawek.

       

      Przy zwiedzaniu muzeów można sobie odpuścić muzeum designu MAK, gdzie ciekawych rzeczy jest mniej niż na 40 krotnie mniejszej wystawie w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. Chodząc tylko się budzi obsługę śpiącą na krzesłach w koncie. Dużo lepiej jest w galerii Albertina, gdzie obok impresjonistów – przeciętnych, są dzieła Chagalla, Maneta, słabego Picasso i niektóre dobre. Jak na tak małą galerię jest całkiem dobry odsetek dobrych, w moim subiektywnym odczuciu, obrazów i kilka dziwnych. Jeden z nich wygląda jakby, artysta zbajerował modelkę, lub  modela bo płci nie można rozpoznać, wytaczał ją w niebieskiej farbie, a następnie brał od tyłu na białym prześcieradle. Prześcieradło oprawił i dzieło gotowe. Nie lepiej prezentuje się malarstwo rosyjskie, gdzie widać np. rozbite lustro. Bardzo ciekawa jest też „pałacowa” część Albertiny, gdzie widać całą dekorację pokoi i mebli, a najładniejsze są podłogi, czasem niestety przykryte przeciętnymi dywanami. Piękne mozaiki świadczą o kunszcie ówczesnych parkieciarzy i łezka się kreci w oku dlaczego nikt u nich nie terminował i nie przekazali sztuki dalej. Obrazy na ścianach pokazują władców i są poprawne i kompletnie bez polotu, ale nie można się spodziewać po autorze, że namaluje wariację na temat władcy, bo zostanie skrócony o głowę. W jednym z pomieszczeń są natomiast grafiki Rubensa czy Rafaela Santi. To jest klasa sama dla siebie. Za pomocą ołówka stworzone są dzieła, w których postaci mają wszystko przestrzenne, oczy niemal drgają powiekami, a włosy wyglądają tak naturalnie, że nie należy tam wpuszczać fryzjerów z nożyczkami.

       

      Gdzieś w Wiedniu znajduje się wystawa prac Gustava Klimta, ale mnie on nie inspiruje, więc wystarczą mi reprodukcje jego dzieł w sklepach z pamiątkami.

       

      Najładniejszy kościół renesansowy w mieście to Karlskirche z pięknymi kolumnami wzorowanymi na kolumnach Trajana przed wejściem. W środku jest ładnie i dodatkową atrakcją, która zniknie jest rusztowanie do konserwacji malowideł na kopule. Na spodzie kopuły jest podest roboczy, na który … wpuszczają turystów, i do tego windą. Stamtąd można wyjść, już po schodach rusztowaniowych na szczyt kopuły i podziwiać panoramę Wiednia i malowidła, albo rusztowanie, które też jest nietypową i widowiskową konstrukcją inżynierską, choć w moim odczuciu przy oparciu cięgien trochę zbyt wiotka.

       

      Naprzeciwko Karlskirche znajduje się Musikverein – jedna z najbardziej znanych, chociażby z koncertu noworocznego, scen koncertowych na świecie. Jeśli nie udało się dostać biletów na koncert warto chociażby udać się na zwiedzanie w sobotę o 13:00 i posłuchać historii budynku i zobaczyć wszystkie sale koncertowe na raz, w tym te podziemne.

      Budownictwo podziemne jest bardzo popularne w tym mieście. Prawie każdy plac w centrum ma parking podziemny, dzięki czemu w ścisłym centrum parkujące samochody nie szpecą ulic i nie utrudniają komunikacji. Na cały dzień auto najlepiej zostawić na parkingu P+R przy stacjach metra, gdzie płaci się 3,40 euro za dobę, czyli tyle co w centrum za godzinę. Faktem pozostaje, że samochodów w centrum nie widać i jest to wzór do naśladowania zwłaszcza, że metro działa znakomicie i nie ma w nim tłumów, co powoduje że czasem parkingi P+R są pełne. W samych pociągach natomiast tłumu nie ma, bo po pierwsze linii jest kilka, a po drugie Wiedeń ma stałą, niezmienną strukturę społeczną obejmująca ludzi pracujących, dzieci i starców, a ci ostatni rzadziej jeżdżą komunikacją miejską. W Warszawie dla przykładu przez ostatnie 20 lat znacząco wzrosła liczba ludzi pracujących, którzy stoją w korkach lub w metrze, bo jadą do pracy, a jest to zdecydowanie najliczniejsza grupa społeczna.

       

      Niedaleko Karlskirche znajduje się targ rybny, na którym są podobno świeże ryby (z wyglądu i smaku są świeże) i mnóstwo restauracji, które te ryby serwują. O jakości świadczy liczba biesiadników – turystów, pracowników którzy wyszli na lunch i wiedeńczyków, którzy nie pracują lub maja luźne godziny pracy i mogą spokojnie wypić wino do obiadu. Na innych targach w Wiedniu można kupić takie specjały jak np. lokalne wino produkowane na jakiejś podwiedeńskiej wsi – 2 euro za 1 litr, ale w smaku świetne. Podobno nawet ludzie prowadzący niegdyś sklep z alkoholami uznali wino za świetne dopóki nie usłyszeli ile kosztuje. Jedzenie w restauracjach jest dobre lub pyszne i nie rujnuje portfela, jeśli nie zależy Ci na obiedzie z widokiem na katedrę lub jubilera przy deptaku Graben.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 kwietnia 2016 23:22
    • Czym różni się metro?

      Wyraz „Metro” jak donosi Wikipedia powstał od francuskiego chemin de fer métropolitain, co się tłumaczy jako metropolitarna droga żelazna. Znaczenie tego słowa nie jest niestety znane w kraju nad Wisłą, gdzie metro uparcie kojarzy się z pociągiem jeżdżącym pod ziemią. Nic bardziej mylnego – chodzi o pociąg, który jeździ bezkolizyjnie w stosunku do innych pociągów, środków komunikacji, pieszych i jeździ na tyle często, że jest w stanie przewozić ogromne ilości pasażerów.

       

      W krajach, gdzie liczy się dobro obywatela, czyli między innymi rozsądne wydawanie środków z jego podatków nikt nie pcha się z pociągiem pod ziemię, gdzie buduje się najdrożej, najtrudniej i najdłużej. Niedawno byłem w Wiedniu, gdzie metro jeździ pod ziemią tam, gdzie musi. W ścisłym centrum na ogół nie mamy miejsca na powierzchni dlatego linie metra znajdują się, często głęboko, pod powierzchnią ziemi. Co innego na obrzeżach. Na nowo budowanych obrzeżach schowanie metra pod ziemię nie jest najgorszym rozwiązaniem, gdyż można zrobić po prostu wykop, wybetonować tunele i perony i zasypać z powrotem. Znacznie ułatwia to prace w stosunku do drążenia i później nie przeszkadza w krajobrazie. Równie dobre jednak jest poprowadzenie pociągu górą – zwłaszcza w dzielnicy biurowej można poprowadzić w poziomie terenu drogę, nad drogą metro w estakadzie i powyżej chodniki dla pieszych. Ludzie małej wiary stwierdzą, że wtedy pociąg będzie jechał na poziomie drugiego piętra, a ludzie będą chodzili na poziomie czwartego. Matematycznie będą mieli rację, natomiast kto powiedział, że mają być to kondygnacje do pracy. Pod każdym biurem są przecież garaże, więc można je zrobić od poziomu 0 (będzie się wjeżdżać prosto z ulicy, a nie od razu w dół) do +4, a od +5, od poziomu chodnika zrobić pomieszczenia do pracy . Jednocześnie zaoszczędzimy na mozolnym kopaniu 15m w dół. Niestety teren pod estakadą metra się marnuje? Nic z tych rzeczy. Jak wspomniałem jedziemy przez dzielnicę biurową, a co jest deficytem w takim miejscu? Kompetentni menadżerowie i …. miejsca do parkowania.

       

      Dlaczego w Warszawie nie ma metra do Mordoru? Zapewne dlatego, że ludzie decyzyjni chcieliby je puścić pod ziemią, a po co budować tak drogą inwestycję jeśli w sobotę i niedzielę byłaby pusta? Największą tajemnicą Mordoru jest to, że … metro fizycznie już tam jest. Od wschodu dzielnicy biurowej jest kolej łącząca Piaseczno z centrum Warszawy. Gdyby pociągi puścić tędy co 6 minut, zamiast 2 na godzinę i zagęścić perony byłaby gotowa linia metra i to aż do Piaseczna. Identyczna sytuacja jest od Sulejówka do Pruszkowa, gdzie gotowa jest linia kolejowa biegnąca przez środek Warszawy. Wystarczy zwiększyć liczbę pociągów, zamalować grafitti na dworcach i zesłać na Syberię koczujący tam element społeczny i mamy gotową linię metra przez całe miasto kosztem 40 krotnie mniejszym niż kolej podziemna.

       

      Dlaczego w Warszawie metro jeździ tunelem pod Wisłą też nie wiem? Pewnie chodziło o to, żeby nie było zbyt tanio. Pociąg by się przecież nie obraził gdyby pojechał mostem, a nie tunelem, a i mostów w tej okolicy nie tylu co w Wenecji, gdzie buduje się już skrzyżowania na moście!

       

      Metro w krajach cywilizowanych różni się też biletami i nie chodzi mi o ich szatę graficzną, rodzaj papieru czy cenę. Chodzi mi o to, że w normalnym kraju przed wejściem na peron są słupki z zamontowanymi kasownikami, które nie utrudniają wejścia na peron. Po co w Warszawie są do tego bramki nie mogę odgadnąć. Chyba tylko po to, żeby na bilecie czasowym też trzeba było za każdym razem zbliżać bilet do czytnika i stać w kolejce do wejścia. A spróbujcie wejść przez taką bramkę z walizką na kółkach – zabiera to średnio 86 razy więcej czasu niż minięcie na chodniku linii rozgraniczającej strefę biletową od nie biletowej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      wtorek, 19 kwietnia 2016 23:20
  • środa, 16 marca 2016
    • Czy onanista to świadomy użytkownik?

       

      Współczesne produkty oferują bogactwo wyboru funkcji i możliwości. Przykładowo aparat fotograficzny poza obiektywem i guzikiem spustu migawki ma możliwości automatycznego doboru parametrów lub ich manualny wybór. Na tym lista opcji się nie kończy. Mój służbowy aparat potrafi zrobić trzy zdjęcia na raz z różnym doświetleniem, co podobno potem można skompilować do jednego zdjęcia z najzejebistszym doświetleniem w Układzie Słonecznym. Pytanie tylko po co mi to? Czy nie mogę sobie zrobić trzech zwykłych zdjęć i wybrać najlepszego, nie marnuję przecież kliszy?

       

      Dyskutując o możliwościach tego aparatu stwierdziłem po prostu, że jest to urządzenie dla onanistów technologicznych, którym staje na widok cyferki oznaczającej liczbę dostępnych opcji. Podobnie jak w nowych samochodach, gdzie pokrętłem lub przyciskiem można wybrać 6 trybów pracy silnika i zawieszenia. Jak dla mnie taki wybór jest potrzebny … w samochodzie salonowym, gdzie podczas jazdy próbnej można przetestować wszystkie ustawienia i wybrać ulubione. Ewentualnie mogą być dwa tryby: Sport i Komfort. W samochodzie za ponad 100 tys złotych nikt nie wybierze przecież trybu „Eco”. Samochód spali mu wtedy 6 litrów zamiast 7 na 100km, ale osiągi spadną do poziomu Fiata 126P. Z punktu producenta samochodu jest to jednak świetny interes. Montujemy gadżet, którego po pierwszych dwóch tygodniach posiadania samochodu nikt nie użyje, i podnosimy cenę o kilkadziesiąt tysięcy. Po co klientowi te opcje? Po nic, ale ma wybór.

       

      Wracając do aparatu inni użytkownicy stwierdzili, że jest to urządzenie dla świadomych użytkowników, a nie dla onanistów. Pytam więc ile razy obrońca funkcji skorzystał z histogramu, który aparat pokazuje przed zrobieniem zdjęcia. Dowiedziałem się, że ani razu i pewnie tak jest w większości aparatów sprzedawanych z tą funkcją, bo jeśli nie fotografujesz nietoperza śpiącego w jaskini i podczas robienia zdjęcia nie chcesz go obudzić to histogram jest ci potrzebny jak kozie smoking. Po co zatem w aparacie służbowym takie funkcje, które pewnie podwajają cenę sprzętu. Osobiście wolałbym dwa aparaty bez bardzo zaawansowanych funkcji.

       

      Osobiście używam aparatu Nokia, który ma jednocześnie funkcję dzwonienia i pisania smsów. Nie ma co prawda nawet prostych funkcji manualnych i zdjęcia robione w słabym świetle nie wychodzą nigdy, ale na co dzień wystarcza. Ma za to jedną niepodważalną zaletę – mieści się w kieszeni i zapomnisz go zabrać nawet jak idziesz na spacer. Nie miałbym cierpliwości ani ochoty zabierać na spacer dużego i ciężkiego aparatu (porównując do telefonu komórkowego aparat z jakimikolwiek funkcjami manualnymi jest przynajmniej 6 krotnie cięższy) tylko po to żeby zrobić nim zdjęcie psa, którego nie posiadam, bawiącego się w kolorowych jesiennych liściach w parku. Tego samego psa sfotografuję komórką i do formatu 15x18 mogę nawet wydrukować takie zdjęcie w przyzwoitej jakości, a na Facebooka to i tak będzie za dobre.

       

      Oczywiście są „świadomi użytkownicy”, którzy na spacer chodzą z aparatem, ale chyba bardziej chodzi o zabawę funkcjami niż realną korzyść z posiadanych funkcji. Można wtedy zrobić serię zdjęć jednej fontanny z różnym czasem naświetlania i uzyskać efekt od pojedynczej kropli zatrzymanej w czasie do wodospadu Niagara, którego bryzę czuć podczas oglądania odbitki. Można też się pochwalić kumplowi, sąsiadce, drugiemu onaniście ile aparat ma funkcji, pod warunkiem, że wcześniej opanuje się nazwy wszystkich funkcji, bo na naukę ich zastosowania może zabraknąć ochoty. Przełączanie funkcji kojarzy mi się jednoznacznie z zabawą, a od zabawy bliżej jest do onanisty niż do świadomego użytkownika.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      środa, 16 marca 2016 15:12
  • piątek, 05 lutego 2016
    • Pracowity dzień

       

      Jest piątek, ale nie z gatunku czarnych piątków, kiedy po obiedzie wszyscy wysyłają e-maile z prośbą, zadaniem, tematem i oczekują odpowiedzi do końca dnia (właściwie koniec dnia jeszcze nie nadszedł, więc nie chwalmy go za wcześnie). Jest spokojny piątek kiedy można włączyć w słuchawkach rmf classic i spokojnie pisać artykuł. Spokój zakłóca kolega z pokoju, który ewidentnie nie ma co robić. Od rana zapewne sprawdził pocztę, Facebooka, oferty na Grouponie i poczytał wiadomości sportowe. Pół godziny temu ewidentnie jednak skończyły mu się tematy. W tym czasie 4 razy wstał i wyjrzał przez wschodnie okno i dwa razy przez południowe, ale bez dodatkowego wstawania tylko po obróceniu się od wschodniego. Trzy razy był w kuchni po to, by niczego nie przynieść i nie zjeść i grał na komórce (lub cokolwiek tam robił, ale trwało to dłużej niż napisanie 6 smsów.

       

                     Jak ja w takich warunkach mam pracować?

       

                     Najciekawsze jest to, że Czerwony Kurczak od poniedziałku mam sporo roboty, którą sobie zaplanował w dniach poprzednich. Co więcej zaplanował ją włączając w prace Złotego Kurczaka i mnie. Poprzedzić tą pracę musi jednak uprzątnięcie miejsca do jej wykonania. Sprzątanie można spokojnie wykonywać w jedną osobę i gdyby Czerwony Kurczak myślał to dziś zrobiłby miejsce, aby w poniedziałek wziąć się od razu do roboty. Problem z Nim jest taki, że:

      Ad1. Nie potrafi podjąć samodzielnej decyzji.

      Ad2. Nie lubi pracować sam, lub nie potrafi – nie mnie to stwierdzać.

       

                     Skończy się na tym, że w poniedziałek będą sprzątać trzy osoby, które będą ze sobą rozmawiać, palić fajki i robić robotę trzy razy dłużej niż powinny. Co gorsza będę wśród nich ja i będę tracił czas. Mógłbym się nie opierdalać i zrobić to sprawnie, ale wtedy dwa Kurczaki już w ogóle nie kiwnęłyby palcem, a robić za nich już mi się chyba nie chce. Gdyby do mojej pensji doliczyć ich wypłaty to co innego….

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Pracowity dzień”
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      piątek, 05 lutego 2016 12:52
  • niedziela, 08 listopada 2015
    • Trydent

      Kiedy jedziesz z Monachium na południe mijasz kolejne kilometry typowej niemieckiej autostrady. Dwa pasy w każdą stronę, gęsto rozstawione stacje benzynowe, sporo remontów, błyszczące srebrne bariery rozdzielające jedną jezdnię od drugiej i brak bramek, gdzie dokonuje się opłaty za przejazd. Jedziesz dalej, mijasz Innsbruck i nadal nie zmienia się nic z wyjatkiem tego, że na granicy Austriackiej trzebo było się zatrzymać, aby zakupić winietę. Jedziesz dalej na południe i w pewnym momencie kończą się remonty drogowe, pojawiają się bramki do opłat, a bariery rozdzielające jezdnie są rude od rdzy - w tym momencie wjechałeś do Włoch. Acha jeszcze na granicy jest malownicza przełęcz Brennero, ale jesli jedziesz nocą jest to bez znaczenia, bo i tak widzisz tylko to, co oświetlają reflektory samochodu, księżyc jest mało pomocny. W pobliżu Trydentu z autostrady zjeżdżasz na drogę ekspresową, z niej na drogę główną i dopiero jesteś w mieście. Jest to wspaniałe rozwiązanie, bo duży ruch rozprowadzony jest najpierw po głównych drogach zanim zjedziesz w wąskie ulice miasta z ograniczeniem prędkości do 50km/h.


      Rankiem, przy świetle dziennym widać, że nie tylko bariery na autostradzie są rudordzawe, ale także barierki przy rzece, a nawet niektóre mosty. Warto dodać, że powyższe elementy są pokryte jednolitą rdzą, która nie wynika z tego, że farba odeszła i element zaczyna korodować, tylko z tego, że farby tam nigdy nie było, podobnie jak innych form ochrony stali przed korozją. Z zaciekawieniem, co jeszcze mnie spotka w tym kraju idę zwiedzić miasto. Najlepiej zacząć od krótkiego rzutu okiem na całe miasto. Umiejętności latania niestety nie posiadam, więc trzeba się wybrać na lokalne wzniesienie. Widać stąd całe miasto, a moją uwagę przykuwa plac w mieście otoczony kolumnadą - po użyciu lunety okazuje się, że plac nie jest płaski tylko stoja na nim małe budyneczki ... dokładniej mówiac nagrobki. Po zwiedzeniu atrakcji na szczycie w postaci muzeum jakiegoś oddziału armii alpejskiej,  resztek światyni z baaardzo zamierzchłych czasów i monumentu na cześć Cesare'a Battisti wiem już co obejrzę w mieście. Monument składa się jakby z dwóch pięter, przy czym w poprzek schodów na górne piętro zawiązana jest lina wraz z informacją, aby tam nie wchodzić w języku włoskim, angielskim i niemieckim. Na szczycie oczywiście siedzą jakieś dwa włoskie małolaty, więc nie wiem po co ten zakaz. A może te dzieciaki jakieś niepiśmienne?


      Po zejściu do miasta zauważam budynki wykonane niemal wyłącznie z kamienia, co nie powinno dziwić skoro jesteśmy w rejonie skalistych gór. Na starym mieście kamienne są nawet ulice i chodniki, co wygląda super - nie jest to kostka kamienna ułożona w w rzędy, czy małe kamienie tworzące "kocie łby". Płyty mają bok po kilkadziesiąt centymetrów, a wiele z nich ma nawet wymiary stołu rodzinnego. Wygląda to super, jest wyślizgane przez setki lat setek butów i co ciekawe nie jest tylko w ścisłym centrum, gdzie chodzą głównie turyści tylko w większym fragmencie miasta, gdzie toczy się normalne życie.


      Mimo górzystej okolicy miasto jest całkiem płaskie, co pozwala jeździć tam rowerem. W Trydencie rower jest chyba bardziej popularny niż królujący w Italii skuter, a przynajmniej tak wynika z rozmiarów parkingu dla rowerów przed dworcem kolejowym. Urząd miejski znacząco odstaje stylem od starej części miasta i trochę przypomina budynki polskie z okresu komunizmu ozdobione rzeźbami ludu pracującego. Rozumiem też dlaczego Włosi zachwycaja się parkami w polskich miastach. Park miejski w Trydencie otoczony jest wysokim murem, ma powierzchnię ogródka w domu jednorodzinnym i jest czynny od 8 do 22, przynajmniej wstęp jest bezpłatny. Wreszcie kieruję się na upatrzony z góry cmentarz. Dookoła cmentarza, tworząc jednocześnie ogrodzenie, rozciaga się budynek z kolumnadą, gdzie w ścianie pochowani zmarli. Wewnątrz kolumnady są pojedyncze pomniki na placu  wyłożonym jasnym żwirem, równym i posprzątanym. Ze żwiru wystaje tylko pomnik bez otaczajacego go chodnika rodem z Polski, gdzie każdy ma przy swoim pomniku swój chodniczek szerokości 40cm i każdy z tych chodniczków ułożony jest z innego materiału i znajduje się na innej wysokości, przez co na 50m długości alejki masz 16 poziomów chodnika i chyba tylko nabyta od urodzenia wprawa pozwala przejść to bez uszczerbku na zdrowiu. Przy bramie wejściowej cmentarza jest najpiekniejsza rzecz - stojak na konewki. Nie trzeba chować swojej własnej butelki po napoju "Zbyszko" za własnym pomnikiem, aby podłać kwiaty, tylko wziąć konewkę z wieszaka, podlać kwiaty i odwiesić na miejsce.


      Czysto, konewki publiczne, a w dodatku w Trydencie mieszkańcy nie przechodzą na czerwonym świetle i kierowcy stosują się do zasad ruchu drogowego. Czy to na pewno są Włochy? Administracyjnie tak, ale geograficznie jest to Tyrol czyli żyje się to podobnie jak Tyrolu po austriackiej stronie granicy. Potwierdza się to również w kuchni. Na tak dalekiej północy trudno szukać legendarnego smaku włoskiej kuchni - bliżej im raczej do kuchni austriackiej i nawet pizza w Trydencie smakuje jak w Warszawie. Tym bardzej dziwi zwyczaj pausa pranzo,gdzie po zamknięciu restauracji ok 14 ponownie otwiera się je po 19. O ile ma to sens w Rzymie i poniżej, gdzie latem w południe jest zbyt gorąco, aby oddychać, to klimat Tyrolu z umiarkowaną temperaturą i krótkim dniem od jesieni do wiosny nie usprawiedliwia takich zwyczajów. Poza chodnikami i cmentarzem ciężko się czymś zachwycić w Trydencie, ale dzięki temu spotyka się tam znacznie więcej stałych mieszkańców niż turystów.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      niedziela, 08 listopada 2015 23:17
  • poniedziałek, 19 października 2015
    • Wyrzuty sumienia

       

      Kierowcy włoscy znaki drogowe traktują jako dekorację, a przepisy jako coś niższego znaczenia niż ich własne pomysły. Przy wysokim poziomie lekceważenia przepisów nie ma poczucia winy wynikającego z ich łamania, więc jak włoski skuter jedzie już chodnikiem to nie pragnie jak najszybciej wrócić na jezdnię tylko kupi espresso, pogada ze sprzedawcą owoców i weźmie numer telefonu od atrakcyjnej dziewczyny.  

       

      Typowy Polski kierowca ma również wysoką częstotliwość łamania przepisów ruchu drogowego i przy tak częstej praktyce powinien to robić z łatwością, gracją i bez wyrzutów sumienia. Niestety w Polsce jest wyższa świadomość istnienia tych przepisów, więc jednocześnie wiedza i świadomość ich łamania. Sprowadza się to do tego, że planując zrobić manewr nielegalny Polak zaczyna się zachowywać nerwowo i niebezpiecznie dla innych użytkowników dróg. Jak chce np. zjechać na buspas, bo nie ma tam korka to wciska się przed autobus bez włączonego kierunkowskazu – on wie, że robi źle, więc może jak zrobi to ukradkiem bez sygnalizacji to nikt nie zauważy? Nie zauważyć może kierowca autobusu, przed który się wciska i wjechać mu w tylny zderzak!

       

      W podobnym przypadku Włoch włącza kierunkowskaz (no chyba, że nie ma wtedy prosi swoją pasażerkę na skuterze o wykonanie gestu ręką) i nonszalancko wjeżdża przed autobus lub z lewego pasa skręca w prawo. Jest to o tyle dobre, że sygnalizuje innym kierowcom co robi i pozwala im szybciej zauważyć i zareagować. Dzięki temu przepis jest złamany, ale nikt nie ucierpiał i nie ma wypadku. Z tego też powodu buspasy we Włoszech nie są popularne, a jak już jeden widziałem w Rzymie to oddzielony był krawężnikiem i roślinami od reszty jezdni, żeby samochody i skutery naprawdę tam nie wjeżdżały. Tylko co jakiś czas w krawężniku była przerwa, żeby autobus mógł wyjechać lub skręcić. Oczywiście był znak dla samochodów obok, aby w ta przerwę nie skręcać dla skrócenia sobie drogi, czy m kierowcy włoscy w ogóle się nie przejmowali. Nauczony miejscowym zwyczajem sam skręciłem i bliski wpadnięcia pod autobus. Czasami jeszcze włoski kierowca użyje klaksonu, aby wzmocnić sygnalizację swojego manewru dając do zrozumienia „Ja naprawdę to zrobię i proszę mi ustąpić pierwszeństwa”.

       

      Polski kierowca łamiąc przepisy na pewno nie zatrąbi, bo chce zrobić swój niecny manewr jak najmniej zauważony. Wytrąbią go natomiast pozostali kierowcy, bo przecież ONI wiedzą i widzą, że TAMTEN łamie przepisy. Sami pół kilometra temu coś zmajstrowali, ale po cichu i nikt nie zauważył, ale teraz to muszą wskazać, że inny kierowca źle robi. Muszą przecież zatrąbić wyrzuty sumienia za swój manewr. Zamiast tego mogliby na przyszłość wyraźnie sygnalizować (nawet klaksonem) chęć niezastosowania się do przepisów ruchu drogowego – przynajmniej nie stwarzaliby niebezpieczeństwa na drodze.

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 października 2015 10:37
  • wtorek, 06 października 2015
    • Toskania

      Rozumiem dlaczego właściciele służbowych Toyot Auris i kredytów we frankach na wakacje najchętniej wybierają Toskanię. Ma piękne widoki, smaczne jedzenie, pyszne wino i … jest kompletnie niepodobna do Polski. Z wyglądu, co prawda, lekkie pagórki wyglądają trochę jak Bieszczady tylko, że zamiast wielohektarowych lasów liściastych pagórki obrastają winoroślami i drzewkami oliwkowymi – z punktu widzenia pracującemu w korporacji kredytobiorcy rośliny znacznie bardziej potrzebne. Nie będzie przecież budował szałasu skoro kupił mieszkanie za to zjeść i wypić zawsze może. No i najważniejsza przewaga Toskanii, że nie musi tutaj rano wstawać i zakładać krawatu, wystarczą szorty.

       

       

      Między pagórkami i winnicami w Toskanii położone są małe miasteczka o urodzie średniowiecznego grodu. Szukając hotelu trudno cokolwiek wpisać w nawigację, bo większość miasteczek ma poniżej 5000 mieszkańców i nazwy których nie pamiętasz jeśli nie byłeś tam na wakacjach. Najlepiej wpisać najmniejsze miasto, jakie znajdziesz na mapie drogowej Włoch i jechać do niego omijając autostrady. Jest wtedy pewne, że zanim dojedziesz do celu napotkasz kilkanaście z tych małych, uroczych miasteczek i zatrzymasz się w jednym z nich porzucając ustawiony w nawigacji cel.

       

      Po kilku miasteczkach usytuowanych przy autostradzie lub o liczbie mieszkańców poniżej 100 naszym oczom objawił się zameczek na pagórku. Zameczek był obrośnięty domkami i wyglądał jak zdjęcie z widokówki. Napotkany pensjonat typu Bed & Breakfast mieścił się dokładnie w rzeczonym zameczku. Okazało się, że człowiek ma mieszkanie w średniowiecznych murach obronnych w związku z czym do domu wchodzi się przez bramę w murze, a z drugiej strony można wyjść na uliczkę znajdującą się 150m od centrum miasteczka. Jako zameczek dom był oczywiście na szczycie, więc od strony murów zewnętrznych miał widok na dolinę obrośniętą przyszłym winem z linią horyzontu 30km dalej – marzenie. W ogrodzie dodatkowo leżaki i lokalne owoce prosto z drzewa. Właściciel miał niestety rezerwację na ostatni pokój i kombinował jak może nas przyjąć. Był gotów niemal oddać nam własną sypialnię i samemu nocować w salonie, ale Jego żona była przeciwnikiem tego pomysły i stanowczo stwierdziła, że nie mają wolnych pokoi. W tak niewielkim mieście odwiedzenie pozostałych 2 hoteli zajęło nam 7 minut – niestety wszystko było zajęte i z żalem odjechaliśmy ze wzgórza w dalszą drogę.

       

      Kolejne miasteczko, które przykuło naszą uwagę to … zameczek na pagórku obrośnięty domkami. Zameczek podobny, natomiast domków było 10 razy więcej, co dawało większą szansę na znalezienie noclegu i nazywało się Castellina in Chianti  - zapamiętałem, bo byłem tam na wakacjach. Po dwóch nieudanych próbach zatrzymaliśmy się na parkingu restauracji i ruszyliśmy do domków naprzeciwko w poszukiwaniu noclegu. Zajęliśmy ostatni pokój w stuletniej willi, którą prawdopodobnie odziedziczył po dziadkach młody Włoch – Francesco. Jego, nawet jak na Włocha, przyjazne usposobienie i dobry humor sugerował, że Jego jedynym zajęciem jest wydawanie kluczy, parzenie kawy na poranne śniadanie i liczenie kasy. Francesco odnowił willę, wyposażył w basen i przyjmował turystów.

       

      Skoro już mieliśmy samochód na parkingu restauracji poszliśmy tam na obiad. Był pyszny niezależnie od tego, co się zamówiło i kończył się wyśmienitym deserem. W tym momencie miałem ochotę zabrać kucharza do Polski (pierwszego z czterech z całch Włoch) - od listopada do marca restauracja w Toskanii jest nieczynna, więc kucharz ma wolne. Na koniec okazało się, że restauracja ma gwiazdkę Michelin i okazało się to naklejką na drzwiach, a nie rachunkiem. To było cudowne, że naprzeciwko hotelu mamy wyśmienitą restaurację, gdzie obiad kosztuje podobnie jak w innych restauracjach i nie trzeba robić rezerwacji. Podobno w Polsce jest tylko jedna restauracja wyróżniona przez Michelin i bez rezerwacji pół roku wcześniej i 1000zł w kieszeni nie ma tam co wchodzić. I już za to można polubić Toskanię.

       

      Samo miasteczko, starym włoskim wzorem, składa się ze starego miasta skupionego wokół zamku i kościoła oraz z nowszej części z hotelami, domami i wytwórnią miejscowego wina. Acha dla miłośników historii jest jeszcze grobowiec Etrusków liczący ok 3000lat. Przypominam, że nadal mówimy o małym miasteczku na losowej górze we Włoszech. Zwiedzanie trwa 3 godziny, no chyba że dokładnie zwiedza się wytwórnie wina i miejscowe sklepy z winem to wtedy 3 dni. Życie można sobie urozmaicić zwiedzeniem okolicznych miasteczek, które są równie urocze, a w dodatku jedzie się do nich po krętych drogach z cudownymi widokami. Jakość wypoczynku wzorowa. Ceny, jak na ten region Włoch, dostateczne.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 października 2015 14:56
  • piątek, 25 września 2015
    • Palermo

      Nazwa Palermo powoduje przyspieszone bicie serca u każdego miłośnika podróży jako wizja egzotycznej podróży. Wszystko jak najbardziej na miejscu aczkolwiek z Palermo jest 7,3 raza bliżej do wybrzeży Afryki niż do Warszawy. Organizacyjnie i cywilizacyjnie równie mało przypomina Europę, no chyba, że z początku XX wieku plus elektryczność i samochody jako zdobycze teraźniejszości.

       

      Po wjechaniu do Palermo samochodem najpierw sklniesz samego siebie za taki pomysł, a następnie będziesz klął innych użytkowników dróg. Miasto ma 600 000 mieszkańców i korki wielokrotnie dłuższe niż w kilkumilionowym Rzymie. Drogi rozszerzające się nagle z jednego pasa do 4,5 – oczywiście pasów tam nie ma narysowanych tylko nagle wjeżdża się na szeroki pas asfaltu, gdzie mieszczą się obok siebie 4 samochody i 2 skutery. Lub 18 skuterów, ale właśnie to się w Palermo nie zdarza. O ile we Włoszech środkowych dominują skutery to tutaj więcej jest samochodów i zapewne to wydłuża korki w mieście. Sam brak oznakowani poziomych i swobodny stosunek Włochów do kodeksu drogowego bardzo ułatwia poruszanie się po mieście. Kiedy zabłądzisz po prostu zawracasz lub skręcasz tam, gdzie Ci pasuje nie patrząc na znaki. Respektujesz tylko znaki zakazu wjazdu – nie dotyczy skuterów. Jak już dojedziesz w region zabytków bizantyjsko-normańskich z nutką muzułmańską chcesz zaparkować. Odpowiedź policjanta na pytanie o parking daje opinię o mieście „Tu chyba nie ma parkingu, wiecie to jest Palermo”.

       

      Po zaparkowaniu na jakimś placu, gdzie parkowali tubylcy poszliśmy zwiedzać. Folklor miast jest ciekawy – coś jak warszawska Praga lub ul. Tuwima w Łodzi tylko bardziej. Na szczęście agresji nie było widać, ale o samochód obawiałem się cały czas. Tylko budynki pozapuszczane, brudne i ustawione w nieładzie wąskich ulic. Na balkonach suszy się pranie wisząc nad ulicą, a jeśli ktoś mieszka na parterze po prostu wystawia suszarkę na ulicę – trochę zwęża to światło jedni, ale kierowcy sobie radzą. Idziemy dalej i widać ładny park miejski pełen palm i kaktusów – drzew liściastych w parku nie było. Przy dawnym zamku widać ogromny plac z wydzielonymi miejscami postojowymi zajęty przez 3 (słownie trzy) radiowozy. Okazuje się, że od tej strony w zamku stacjonuje policja i wojsko i jako teren wojskowy porządny parking jest wydzielony z ruchu. To ja się czule pytam, czy Oni nie mogą stacjonować w innym miejscu tylko w jednym z dwóch najważniejszych zabytków? W związku z powyższym w zamku zwiedza się tylko piękną kaplicę kapiącą złotem w stylu bizantyjskim – coś jak nieodległa katedra w Monreale tylko na mniejszą skalę.      

       

      Portowe miasto jeszcze niedawno stanowiące jeden z czołowych punktów transportu narkotyków pełne „dziwek portowych” – w sensie zachowania na drogach ma trochę uroku po wyjściu z samochodu. Mimo wszystko polecam pojechać tam na jeden dzień, bo po zmroku trochę bym się obawiał.       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      sawari
      Czas publikacji:
      piątek, 25 września 2015 23:01